Koniec września, zbliża się październik. Uczniowie w szkołach mają już poukładane plany zajęć, czyli nareszcie można na poważnie zapisywać dzieci na wszelkie możliwe zajęcia dodatkowe. W mojej pracy jest to najgorętszy okres w całym roku: od października startujemy z kursami, większość nowych i stałych klientów dopiero teraz przypomniała sobie, że przecież trzeba zapisać siebie i/ lub dziecko na kurs językowy, a jeszcze lepiej na kilka kursów. A Ty sobie sekretarko siedź i układaj plany zajęć tak, żeby to nam, ale tylko i wyłącznie nam było najlepiej.
Miło, jeżeli pytając o dni i godziny, które klientom nie odpowiadają słyszę: mały ma szkołę do 15:00, tak więc w obojętnie jaki dzień, byle by po 15:00 możemy się tu zjawić. Kocham takich klientów, chwała Wam za to! Gorzej z tymi, którzy zapisują siebie i trójkę dzieci na pięć różnych kursów, ale deklarują, że w całym tygodniu mają tylko cztery godziny wolnego czasu i w tych czterech godzinach należy wcisnąć wszystkie zajęcia. Jeśli mają być indywidualne, no problem, jestem wstanie to zrobić. Gorzej, jeśli pięć kursów ma być grupowych. I dostosuj teraz człowieku plany zajęć tak, żeby pasowały wszystkim lektorom i wszystkim kursantom, przy okazji mieszcząc wszystko w zadeklarowanych przez jedną rodzinę czterech godzinach luzu. Dobrze, że wiatrówka jest w pokoju mojego Lubego, bo gdybym miała ją w pracy, to chyba bym po nią sięgnęła. Ale wbrew pozorom, w większości przypadków to także jest wykonalne. Wymaga mnóstwa telefonów, czterech milionów rozpisek planów zajęć tak, by wszystkich zadowolić, kilkudziesięciu wulgaryzmów powtarzanych w głowie jak mantra, ale da się. Ewentualnie niewielki kompromis, gdy Rodzina zauważy jak trudne jest to do pogodzenia, ale ostatecznie wszyscy są zadowoleni.
Są także rodzice Bogaci przez wielkie B. Nie, nie są oni najbogatsi, ich nazwisk nie zna cała Polska (o dziwo ci z Nazwiskami nie są aż tak problematyczni w ustalaniu planów), a jednak mimo tego kłócą się o każdą zmianę w planie (nieważne, że jest to pięć minut) i robią potężne awantury, gdy cennik zmieni się o pół stówki (bo niby są stałymi klientami. A gdzie znajomość regulaminu, w którym jest wyraźnie zaznaczone, że jeśli liczba kursantów lub preferowany wymiar kursu ulegną zmianie, to zmianie może ulec też cena? Tego się już stały kliencie przez tych kilka lat naszej współpracy nie doczytało w regulaminie? Fak ju!). Są Bogaczami, mają kasę, wożą się drogimi samochodami, mają "ajfony", więc myślą, że wolno im się wyżywać na sekretarce. Nie Panowie (dlaczego to są zawsze faceci?), nie wolno. Za pierwszym razem jestem miła i zgrywam ciemną blondynkę. Za drugim razem jestem miła, ale znam swoje prawa i znam prawa klientów, więc żądam by je respektowano. Nie? Ok, inaczej sobie porozmawiamy. Wciąż będę miła. A Ty będziesz wiedział, jak to wszystko spierdoliłeś i na jakiego Buraka wyszedłeś. Buraka przez wielkie B, panie bogaczu. Ty chuju.
Nie wiem, kogo bardziej nienawidzę: Bogaczy czy rodziców, o których mówię, że trzymają swoje dzieci pod kloszem. Tych, do których jak mam zadzwonić, to już jestem chora, a gdy słyszę ich argumentację, to mam ochotę powiedzieć im dosadnie co o tym wszystkim myślę (a czego zrobić nie mogę, bo szkoda marnować niezłą pracę, w której chaos jest przez miesiąc, a potem czeka mnie 11 miesięcy prawie-laby).
Kim jest rodzic trzymający klosz?
Mama (zawsze, ale to zawsze matka!), która posyła swoje dziecko na kurs, bo chce, żeby mu w życiu było łatwiej, by poznało język(i), by w przyszłości cały świat stał dla pociechy otworem. Taka oto mama, w zależności od tego, jaką zaplanowała dla dziecka przyszłość, zapisuje je albo tylko na jeden, określony kurs, albo na kilka (dodatkowa matematyka, pianino, lekcje rysunku).
Przykład: mamy pewną Uczennicę X, która uczęszcza na zajęcia grupowe tylko w jeden, określony dzień tygodnia, o którym się śpiewa, że gdyby nie on, to każdy taki sam by był. W tym roku ten dzień odpada, ponieważ grupie tak się pozmieniały plany (zajęcia dodatkowe, treningi itp), że jedynym możliwym dniem na zorganizowanie kursu jest Inny Dzień. Wszyscy się zgodzili, potrzebuję tylko zgodę mamy Uczennicy X. ZGody nie ma i nie będzie. Dlaczego? Ależ ona jest już w liecum, to poważna sprawa! Ma dodatkowe zajęcia w Jeden Dzień, a przecież w pozostałe musi się przygotowywać na następne dni do szkoły. Nie, absolutnie nie zgadzam się. Specjalnie zapisałam ją na zajęcia w sobotę, bo na niedzielę nie musi się szykować do szkoły. Argument, że to propunuję jej tylko jeden Inny Dzień nie przemawia do niej, bo jak to tak, ona po szkole będzie miała do was przyjść, czekać pół godziny na zajęcia, mieć lekcję, wrócić do domu i dopiero potem będzie mogła się zająć odrabianiem lekcji? Argument, że wielu naszych kursantów tak robi i najwyżej odrabia lekcje u nas w wyznaczonym do tego miejscu nie trafia, bo przecież szkoła to nie dom, jak ona ma lekcje odrabiać poza domem? No i kiedy tak właściwie zje obiad? JAK WRÓCI??!!. Argument z obiadem to standard. Co roku słyszę go po kilka razy. Nowością było to, że zadania domowe trzeba odrabiać w domu. I w takich chwilach naprawdę żałuję, że z klientką rozmawiam przez telefon. I że nie mam swojej własnej broni palnej.
Szanowna Mamo: te argumenty są tak z dupy wzięte, że sorry, ale nie przemawiają do mnie.
W czwartej klasie szkoły podstawowej zapisałam się do szkoły muzycznej. Przez dwa lata byłam odprowadzana tam przez babcię, a odbierana przez rodziców. A potem musiałam sobie radzić sama. Od pierwszej klasy gimnazjum schemat był podobny: do szkoły na 7:30, po powrocie do domu wyprowadzić psa na spacer, szybki bieg na autobus, jeśli miałam piętnaście minut to frytki albo pierogi na mieście (jeśli nie miałam, to kanapki), zajęcia z kształcenia słuchu, czekanie, rytmika, czekanie, skrzypce, czekanie, chór, sprint by zdążyć na autobus o 20:05, powrót do domu, jedzenie ok 20:30. Wiadomo, że nie we wszystkie dni miałam tak napięty grafik, w pierwszej gimnazjum w piątki kończyłam o 10:45 i zaczynałam weekend, ale rozumiecie o co mi chodzi. Bywały dni, kiedy wychodząc z domu o 7:20 czas wolny zaczynałam o 20:30 (jeśli nie miałam zadań domowych). Dało się? Wiadomo, nie były to moje ulubione dni (przede wszystkim dlatego, że minęłam się z powołaniem i nienawidziłam skrzypiec), ale jakoś przez cały rok szkolny udało się to wszystko ogarnąć. Czasem na przerwach odrabiało się zadania (najczęściej pisałam wypracowania z polskiego), czasem czytało lektury, ewentualnie powtarzałam fizykę i chemię lub wymyślałam projekt rysunku na najbliższe zajęcia z plastyki. Jeśli tylko chciałam (o ile mi się chciało), to mogłam wygospodarować czas na to, żeby zająć się nauką. Tak więc sorry Mamusiu, argument, że Twoja córka W LICEUM nie może mieć dodatkowej lekcji języka obcego w tygodniu, bo przecież musi się uczyć do szkoły mnie nie przekonuje. Wiem po sobie, że o wiele młodsze gówniary dają sobie radę z wieloma zadaniami jednego dnia.
Aaaa.... że niby zależy Ci na perfekcyjnych wynikach dziecka, żeby się dostało na równie perfekcyjne studia? A że tak spytam: jak sobie będzie radzić na tych studiach, zapewne w Wielkim Mieście, skoro niejednokrotnie będzie musiała biec na uczelnię skoro świt, wróci jak będzie ciemno, a jeszcze sama będzie musiała o siebie zadbać, zakupy zrobić, mieszkanie posprzątać i ugotować coś do jedzenia? Wtedy da radę? Ziemia do Matki! To będzie za dwa lata! A Ty wciąż nie pozwalasz jej by nauczyła się tak organizować czas, by znalazła półtorej godziny na dodatkowe zajęcie, które do tej pory miała w sobotę.
Oczywiście zawsze pojawia się argument: jeśli nie dostosujecie planu do potrzeb mojego dziecka, to znajdziemy sobie inną szkołę. Ilekroć to słyszę, mam ochotę powiedzieć powtarzane przez moją mamę zdanie: od straszenia to są duchy.
Czasami wydaje mi się, że gdybym ustalała zajęcia bezpośrednio z córkami tych matek, to o wiele szybciej udałoby się nam dogadać. Bo w większości przypadków wina nie leży po stronie dziecka, tylko Matki, która jest nadopiekuńcza, nadwrażliwa, chucha i dmucha na swoje dziecko, spełnia każde jego zachcianki i nie dociera do niej, że trzymając dziecko pod kloszem robi mu więcej szkód niż pożytku. Nie ma to jak późniejsze bolesne zderzenie z rzeczywistością i światem dorosłych: umiesz liczyć? Licz na siebie.
Plany muszą być ustalone do końca tego tygodnia. Walczę dalej. Z Matkami, z Burakami.
I z tym, żeby nie zwariować.
Kochanie, na weekend szykuj tarczę i wiatrówkę. Trzeba odreagować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz