Planowałam wpis o tym, jak nieruszająca się zbytnio Atta nagle pół roku temu pomyślała zacznę ćwiczyć, a także o tym, jak mój ćwiczeniowy plan powoli zaczęłam wcielać w życie oraz jak to możliwe, że po pół roku wciąż się ruszam, choć przecież charakteryzuje mnie słomiany zapał do wszelkiej aktywności fizycznej. Dobra, sport będzie innym razem, teraz luźne przemyślenia, które ostatnio kłębią mi się w głowie i nie dają mi spokoju.
 |
| Kadr z filmu The Runaways (2010) |
Próbuję wcielić w życie moje
plany do końca 2014 roku, zmusiłam się, przełamałam, kopnęłam w pośladki i zaczęłam czytać trzecią część
Harry'ego Pottera, oczywiście po angielsku. Czytanie idzie powoli, ale brnę do przodu. Mój szef miał rację mówiąc, żebym czytanie w języku obcym zaczęła najlepiej od książki dla dzieci, którą dobrze znam.
Harry'ego czytałam kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt razy. Uwielbiam, kocham i już się nie mogę doczekać piątku, by obejrzeć
Księcia Półkrwi. Wracając jednak do czytania po angielsku: znajomość fabuły jest niesamowicie pomocna w czytaniu. Oczywiście nie rozstaję się z ołówkiem, którym podkreślam
każde nieznane mi słówko, ale znaczenia niektórych z tych nieznanych haseł potrafię domyślić się z kontekstu, lub przypominam sobie o co chodziło w polskim wydaniu i dedukuję, co dane słowo może oznaczać. Staram się nie wertować słownika za każdym razem, gdy pojawi się nieznane słowo, sięgam do niego tylko wtedy, gdy pojawia się któryś raz, a ja wciąż nie wiem o co chodzi. Przeraża mnie tylko fakt, że podkreślone słówka będę musiała wgrać do Anki (jestem leniem, nie robię tego po każdym rozdziale, wciąż nie wgrałam wszystkich słówek z
Kamienia Filozoficznego).
A skoro pozostaję w tematyce językowej, to w przyszłym tygodniu postaram się utworzyć sensowny plan nauki języków. Wiem, że "dni na gramatykę" i "dni na słówka" się u mnie nie sprawdzą, bo ja bardzo nie lubię monotonii. Plan jest taki, by co tydzień realizować jeden rozdział z podręcznika Intermediate Language Practice autorstwa Michaela Vince'a. Biorąc pod uwagę moje lenistwo jeden rozdział na tydzień to nie jest aż tak dużo, a jeśli się sprężę, to mniej więcej w rok uwinę się z tym podręcznikiem. Wiem, że niektórzy potrafią go przerobić w miesiąc, ale ja naprawdę nie lubię angielskiego, więc rozdział na tydzień (plus powtórki w Anki) wydaje mi się w sam raz. Do tego czytanie zaległych numerów English Matters, książki po angielsku i jakoś dam radę. Chociaż mam za darmo, chyba w tym roku odpuszczę sobie indywidualne lekcje angielskiego. Jak już wcześniej wspominałam lubię się uczyć na schematach, a nie przez pół lekcji słuchać jednej anegdotki, w której raz zostanie użyte omawiane słowo (i tak nie pamiętam większości z tych anegdot, a często jest tak, że omawiane słownictwo wcześniej znałam).
Staram się także organizować swój czas. Wydrukowałam nawet niemal kultowy wśród internautów
organizer z bloga Design Your Life. Czy okaże się pomocny zobaczę za jakiś czas. Póki co wydrukowałam planner na dwa miesiące, wtedy najłatwiej będzie mi ocenić czy po powrocie do pracy wciąż będę potrafiła żyć z organizerem. Może wtedy pokuszę się o notkę dotyczącą organizacji czasu? Póki co jestem na etapie testowania siebie, swojej silnej woli i mojego podejścia do życia w zorganizowanym świecie (żeby było jasne: z kalendarzami nie rozstaję się od liceum, ale to głównie po to, by zapisać ważne spotkania, wizyty u lekarzy, zadania, sprawdziany, kolokwia, egzaminy itp. Ilekroć robiłam plan na cały dzień, nigdy mi to nie wychodziło). Niby mam wakacje, a tak naprawdę od rana do wieczora jestem cały czas zajęta i nie mogę powiedzieć, żebym miała chwilę wytchnienia (wiem, mój A. urwie mi za to głowę, bo on ciężko pracuje, a ja mam czas na takie "kaprysy" jak blogowanie, ćwiczenia czy czytanie książki w języku obcym, więc jak ja mogę narzekać na brak czasu? Normalnie, wszystko to traktuję nie tylko jako wyjątkową formę przyjemności, ale także jako małe schody, po których trzeba się wspiąć w drodze do samorealizacji).
A teraz najważniejsze (jeśli A. nie urwał mi głowy za wyznanie, że pomimo wakacji nie mam chwili wytchnienia, to zapewne zrobi to teraz). Coraz częściej łapię się na tym, że myślę o przejściu na weganizm. Jedni powiedzą, że jestem wegetarianką, inni, że semi, bo jem ryby, a jeszcze inni powiedzą, że dupa ze mnie, a nie żadna wegetarianka (skoro jem wspomniane wcześniej ryby). Prawda jest taka, że poza rybami zawsze się pilnuję. Jeśli galaretki, to tylko pektynowe, zupy na bulionie warzywnym, ciastka bez smalcu (u babci Marii już w ogóle przestałam jeść cokolwiek). Ale jednak czuję, że źle robię. Jem ser, piję mleko, uwielbiam kaszę jaglaną z twarogiem i jogurtem naturalnym. A mały głosik w mojej głowie coraz częściej krzyczy na mnie Atta, co ty robisz?!. I zamiast cieszyć się jedzeniem, staram się jak najszybciej zjeść i zapomnieć, co właśnie zrobiłam. Ciężko będzie zrezygnować mi z ryb (nigdy nie potrafiłam się do nich przekonać, chyba dlatego, ze ich nie pogłaskasz), ale wiem, ze tak naprawdę mając rybę na talerzu jem mięso. I ilekroć jem, zawsze mam wyrzuty sumienia. Pora to zmienić. Pora raz na zawsze kopnąć się w cztery litery i podjąć decyzję. Nie ma czegoś takiego, jak wegetarianin jedzący ryby. Nie ma czegoś takiego, jak semi. Albo jem ryby i równie dobrze mogłabym jeść inne rodzaje mięsa, albo rezygnuję ze wszystkich produktów pochodzenia odzwierzęcego i przechodzę na weganizm. Wiem, że nie przejdzie to u mnie z dnia na dzień. Planuję stopniowo przeobrażać swoją dietę w wegańską. Niestety wiem, że jeśli przejdę na weganizm nic mnie nie uratuje i sama będę musiała sobie wszystko gotować. A gotować nie lubię. Trudno, coś za coś, ważniejsze są przekonania czy lenistwo? Muszę także poszerzyć wiedzę na ten temat, żeby mój organizm nie padł z wycieńczenia przez brak odpowiednich witamin. Wiem, że przede mną długa i wyboista droga, ale wierzę w to, że mi się uda. Muszę tylko obrać to jako cel, do którego mam dążyć z oślim uporem. Ośli upór zawsze pomaga, nie ma, że boli.
Żeby było jasne: nigdy nikogo nie namawiałam do rzucenia mięsa. Jedna moja znajoma powiedziała mi kiedyś, że namówiła swojego chłopaka do przejścia na wegetarianizm, bo nie będzie całować kogoś, kto je mięso. Mój Luby jest wielkim mięsożercą. Jest szczęśliwy, gdy na jego talerzu leży schabowy, kiedy na śniadanie ma szynkę i gdy po ciężkim dniu pracy będzie mógł zjeść mięso. Dużo mięsa. Nigdy w życiu nie namawiałam go do tego, żeby przeszedł na wegetarianizm. On też wie, że nie uda mu się namówić mnie na zjedzenie schabowego. Mi nie przeszkadza jego wybór, On przez długi czas miał nadzieję, że uda mu się mnie naprowadzić na mięso. Jakiś czas temu wyznał, że już wie, że mu się nie uda i nawet nie próbuje (nigdy nie namawiał, raczej delikatnie sugerował, że może raz na tydzień, ale to było dawno temu i pewnie sam tego nie pamięta :D). A to, że kupiłam mu wegańskie galaretki, to nie dlatego, że po cichu chcę go "nawrócić", tylko dlatego, że wiem, jak bardzo uwielbia galaretki, a akurat udało mi się zdobyć kilogram (tak, cały kilogram tylko dla niego!) pektynowych, które naprawdę są pyszne (i nawet mięsożercy smakują, skoro rozprawił się z nimi w ciągu niecałych dwóch dni).
Time for change.