Posty piszę od kilku dni. Codziennie. I codziennie je wymazuję.
To znak, że po półtora miesiąca urlopu mój organizm się zbuntował, miał dość tego, że pomimo iż nie pracuję to ciągle coś robię i nie mogę spokojnie usiedzieć w miejscu. Powrót do pracy zbliża się wielkimi krokami, a ja nareszcie (lub dopiero teraz) poczułam, że muszę odpocząć. Nigdy nie myślałam, że w wakacje będę musiała wziąć sobie dzień chorobowego od pracy.
(ponieważ nie rozgryzłam jak się wkleja fragmenty filmików, polecam oglądać fragment 4:58-6:09)
Jednym z moich postanowień na wakacje było to, żeby się nie rozleniwić, bo potem trudniej będzie powrócić do pracy. Postanowienie zrealizowałam na 200% - nigdy w życiu nie zmęczyłam się tak będąc na wakacjach.
Nigdy żadnych wakacji nie spędziłam ciągle coś robiąc. Zazwyczaj całymi dniami zaszywałam się w łóżku i nadrabiałam zaległości w lekturach i serialach. Nigdy nie czytałam tak mało, jak w te wakacje. Ile tego było, pięć książek? Słabo Atta. Seriale oglądałam głównie wtedy, gdy byłam u A., kiedy on pracował, a ja nie chciałam mu przeszkadzać (albo gdy spał, bo poprzestawiały nam się tryby i teraz to ja jestem sową). Dużo czasu poświęciłam na sport, na rolki, na naukę gotowania (zwłaszcza w sierpniu), na różne inne pierdoły. Próbowałam pisać (z różnym skutkiem), próbowałam szukać pomysłu na siebie, starałam się uciec od wszelkich dziwnych pomysłów. Na różne sposoby wciąż byłam w ruchu, a jeśli już usiadłam, to w mojej głowie toczyły się nieustanne walki myśli, bo wszystkie naraz się uwzięły i nie pozwalały mi spać.
Mój organizm zbuntował się w zeszłą sobotę. Powiedział do mnie: nie Atta... Dzisiaj nie będziesz nic robić. Dziś usiądziesz, odpoczniesz, ale nie poćwiczysz. Nie dostaniesz natchnienia do pisania, nie spotkasz się z A., nie pójdziesz na rolki i nie zrobisz nic konstruktywnego. Zbuntował się tak około 17:00, więc zdążyłam jeszcze zaliczyć rundkę po mieście w celu załatwienia niezałatwionych spraw, nauczyłam się gotować nową wegańską potrawę, a na deser zrobiłam jeszcze tartę z jagodami. Ale po tarcie powiedział mi DOŚĆ. I nie, nie oznacza to, że nareszcie znalazłam chęci na malowanie paznokci.
Bakłażan wrócił do domu, zadzwoniła do mnie, że chce się spotkać. Wieczór z Bakłażanem był mi potrzebny. Tak samo potrzebowałam przemarznąć na pikniku lotniczym i w pracy u A. (do tej pory, choć zdążyłam już poćwiczyć przez półtorej godziny i wziąć długi, gorący prysznic, wciąż się nie zagrzałam). Jeśli nie byłam z Bakłażanem i nie widziałam się z A., nie robiłam nic. I to było piękne. Już dziś po powrocie do domu zaczęłam zajmować się organizowaniem spraw, które zaniedbałam na 48 godzin. Od jutra znów zaczynają się pełne obroty, załatwienia, planowanie, organizowanie, nauka gotowania i trening.
Ale dwa dni i dwie noce luzu były mi potrzebne. Nie było domowego SPA, nie było aromaterapii ani innych "babskich" spraw. Było piękne nicnierobienie w towarzystwie Bakłażana, A. lub w towarzystwie Blair Waldorf (tak, Plotkara świetnie odmóżdża, wykorzystuję ten serial gdy chcę odpocząć).
Jutro wracam do życia.
Ale dwa dni i dwie noce luzu były mi potrzebne. Nie było domowego SPA, nie było aromaterapii ani innych "babskich" spraw. Było piękne nicnierobienie w towarzystwie Bakłażana, A. lub w towarzystwie Blair Waldorf (tak, Plotkara świetnie odmóżdża, wykorzystuję ten serial gdy chcę odpocząć).
Jutro wracam do życia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz