W piątek skupiłam się nad wybranymi zaletami studiowania. W dzisiejszym zamierzam się skupić na tych czynnikach, które przemawiają na jego niekorzyść. Oczywiście ponownie będę odwoływać się do mojego doświadczenia, a także do doświadczenia znajomych, więc istnieje prawdopodobieństwo, że Was nie przekonam. Nie zamierzam, Wasza decyzja.
Czy studia mają jakieś minusy? Tak. Rozpoczynając swoją przygodę z filologią byłam nią tak zafascynowana, że nawet kilka razy powiedziałam, że po magisterce zrobię doktorat. Półtora roku później, dokładnie na półmetku powiedziałam, że na magisterkę się nie wybieram (do tej pory pamiętam komentarze Tylko tak mówisz! Przecież jesteś świetna, oczywiście, że pójdziesz na magisterkę!).
MINUSY STUDIOWANIA NA FILOLOGII POLSKIEJ:
(kolejność przypadkowa)
1. Studiując dziennie często nie masz czasu na znalezienie pracy - to jeszcze nie koniec świata, zwłaszcza wtedy, kiedy nie musisz się martwic o fundusze. Pamiętam, że na pierwszym roku studiowałam od 10:00 w poniedziałek, do 15:00 w piątek. Przeważnie w tygodniu kończyłam zajęcia o 17:00, czasem nawet o 18:30, a przecież trzeba jeszcze wrócić do domu, coś zjeść i przygotować się na kolejny dzień (najwięcej uwagi wymagały ode mnie zajęcia z historii literatury polskiej i zmora pierwszoroczniaków: gramatyka opisowa). No dobra, ale co z pracą w weekend? Jedna dziewczyna z mojego roku pracowała weekendami jako barmanka, ale jak sama przyznaje studia traktowała na zasadzie "byle by zdać". Większość mojego roku w weekendy nadrabiała zaległości w lekturach (albo w streszczeniach), poświęcała czas na przygotowanie referatów, prac zaliczeniowych, artykułów itp lub po prostu wypoczywała, bo kiedy, jak nie w weekend. Sama przyznaję, ze mało kiedy udawało mi się wygospodarować dwa dni weekendu tylko i wyłącznie na odpoczynek i lenistwo. Zazwyczaj HeLP lub gramatyka wygrywały i trzeba było trochę nad nimi posiedzieć.
No dobrze, przecież studia, to studia, na pracę przyjdzie czas po edukacji, więc dlaczego traktuję to jako wadę? Z prostej przyczyny: na rozmowach kwalifikacyjnych zawsze pada pytanie o doświadczenie zawodowe. Co odpowiesz? Yyy... no wie pan... Nie mam. Studiowałem. Słabo.
Oczywiście możesz pójść do pracy w wakacje, ale jeśli uda Ci się znaleźć jakąś ciekawą i interesującą pracę wakacyjną, którą spokojnie możesz pochwalić się w CV, to daj znać jak udało Ci się ją zdobyć. Po kilku rozmowach kwalifikacyjnych wiem, że wśród moich znajomych szybciej udało się znaleźć pracę tym, którzy mieli w CV kilka miesięcy przepracowanych w jednym miejscu na jakimś konkretnym stanowisku, a nie tydzień/ dwa wykładania towaru, roznoszenia ulotek czy rozwożenia pizzy. Żeby było jasne: nie mówię, że praca dorywcza jest zła, bo jakiekolwiek chęci i próby dobrze o człowieku świadczą. Chodzi mi o to, że po studiach dziennych często nie masz doświadczenia zawodowego, jeśli je masz, to nie jest ono satysfakcjonujące dla pracodawców.
Pół roku stażu przed filologią polską wygląda w moich papierach na tyle dobrze, że znajoma ze studiów ubiegająca się o to samo stanowisko, o które ja się ubiegałam, odpadła w przedbiegach: bo po co zatrudniać do pracy biurowej kogoś bez doświadczenia, skoro mogą wybrać osobę po tym samym kierunku, ale z doświadczeniem?
2. Studiując zaocznie wydajesz pieniądze, które mógłbyś poświęcić na coś innego, a nie każdy kierunek jest tego wart - to jest jeden z głównych powodów, który sprawił, że nie poszłam na studia magisterskie. Jeśli jesteś przekonany do tego kierunku, jeśli zadałeś sobie zaje**ście ważne pytanie co lubię robić w życiu? i jeśli odpowiedzią na nie jest właśnie lubię studiować to, co studiuję!, to oczywiście ten argument do Ciebie nie przemówi. Jeśli jednak z czasem Twoje studia przestały być przyjemnością a tylko dążeniem do tego, by w końcu uzyskać dyplom lub jeśli od samego początku poszedłeś na studia z myślą trzeba skończyć cokolwiek, bo papierek się przyda, to zastanów się, czy kilka lat harówki jest tego warte.
Poszłam na studia, bo zadałam sobie jakże ważne pytanie i odpowiedziałam lubię pisać. A poza tym wszystkie dzieci koleżanek z pracy mojej mamy poszły na uniwersytety, ja i tak już miałam rok w plecy przez pomyłkę z pedagogiką, więc nie mogłam być gorsza i też poszłam na studia, które na początku bardzo mi się podobały. Z czasem uświadomiłam sobie jednak, jak bardzo duszę się na tym kierunku, jak wiele nerwów mnie to kosztuje i jak bardzo nie chcę się tym zajmować przez kolejne dwa lata studiów magisterskich.
Jeśli poszłabym na magisterkę, to tylko i wyłącznie na zaoczną. I może zabrzmi to płytko, ale nie mam zamiaru wydawać 500 złotych miesięcznie na studia (nie licząc dojazdu, noclegu i wyżywienia), które i tak nie są tym, co mnie kręci. Jeśli wygram w totka, wtedy zrobię magisterkę. Póki co mam ważniejsze priorytety niż mgr przed nazwiskiem i dyplom ukończenia kierunku, który mnie nie pociąga (i nie mam tu na myśli moich planów do końca 2014 roku, a cele, które wyznaczyłam sobie kilka lat temu i do których dążę).
Jeśli teraz miałabym podjąć decyzję na jakie studia się wybieram, nie wiem czy potrafiłabym szczerze odpowiedzieć sobie na to pytanie. Tak czy inaczej poszłabym na coś, co mnie kręci i co kocham bezgranicznie. Czy w ogóle taki kierunek istnieje? Oczywiście, że tak! W Anglii niemałym zainteresowaniem cieszy się Potteroznawstwo. Jeśli studia o Harrym Potterze pojawią się w Polsce, cena nie będzie grała roli. I tak tam pójdę!
Jeśli teraz miałabym podjąć decyzję na jakie studia się wybieram, nie wiem czy potrafiłabym szczerze odpowiedzieć sobie na to pytanie. Tak czy inaczej poszłabym na coś, co mnie kręci i co kocham bezgranicznie. Czy w ogóle taki kierunek istnieje? Oczywiście, że tak! W Anglii niemałym zainteresowaniem cieszy się Potteroznawstwo. Jeśli studia o Harrym Potterze pojawią się w Polsce, cena nie będzie grała roli. I tak tam pójdę!
3. Dwoje wykładowców, jeden przedmiot - problem zaczyna się, jeśli jeden wykładowca jest od wykładów, a drugi od ćwiczeń i tylko jeden z nich Cię egzaminuje.
Sytuacja nr 1: pierwszy rok studiów, gramatyka opisowa: pan profesor był od wykładów, pan doktor był od ćwiczeń. Pan profesor traktował nas jakbyśmy tylko zawracali mu głowę i nic nie tłumaczył. A jeśli tłumaczył, to po to, żeby udowodnić, że w podręczniku są kłamstwa i tylko on głosi "jedyną słuszną prawdę" ("zakłamanie" w podręczniku osiągnęło tak wysoki poziom, że fonetyczny zapis niektórych liter był "zły" i albo nauczymy się "właściwego" zapisu, albo będzie problem). Ćwiczenia z panem doktorem odbywały się w atmosferze bądź czujny - dużo kolosów, zadań domowych i wywoływanie po kolei do tablicy (chciał, żebyśmy dobrze opanowali materiał). Uważał, że w podręczniku nie ma żadnych przekłamań (prosił tylko, by posiadacze wydań sprzed dziesięciu lat skserowali sobie dwie tabele z nowszych egzemplarzy, bo tam akurat wprowadzono istotne zmiany, a na egzaminie obowiązuje to, co aktualne). I nauczał! Gdyby nie on, pewnie wszyscy by oblali egzamin. Jeden temat omawiał tak długo, dopóki go nie zrozumieliśmy. No dobrze, może i profesor był do d**y, ale doktor dobrze wykładał, więc w czym problem? A w tym, że wszystko, co wiedzieliśmy z gramatyki opisowej, wiedzieliśmy od doktora. A skoro on głosił, że podręcznikowi nic nie można zarzucić, to uznaliśmy, że w takim razie na egzamin spokojnie można się uczyć z podręcznika i z notatek z ćwiczeń (i tak tylko to rozumieliśmy). I co? I większość z nas ledwo zdała, bo profesor poodejmował nam punkty za "złe" litery, za "złą" tabelę i w ogóle za to, że większość poleceń rozpracowaliśmy tak, jak nas tego uczył pan doktor (za którym profesor nie przepada).
Rok później, kiedy doktor nie prowadził ćwiczeń, w pierwszym terminie egzamin zdały cztery osoby.
Sytuacja nr 2: drugi rok studiów, literatura romantyczna. Wykłady z kobietą A, ćwiczenia z A (grupa nauczycielska) lub z B (grupa dziennikarska). Egzamin przeprowadzi A. O B można powiedzieć, że po pierwsze nade wszystko wielbi Mickiewicza, a po drugie wszystko interpretuje pod kątem psychoanalizy (dla niej każdy bohater ma kompleks Edypa lub Elektry). Romantyzm mieliśmy przez semestr. Półtora miesiąca ćwiczeń to psychoanaliza Wertera na przykładzie jego jednego listu (grupa A powoli kończy twórczość Mickiewicza). Rozumiem, gdybyśmy poświęcili temu zagadnieniu półtorej godziny ćwiczeń, a nie prawie pół semestru! Po Werterze pora na interpretację Ballad i romansów. I to by było na tyle, semestr się skończył (grupa A zdążyła ze wszystkimi lekturami). Gdyby nie to, że w grupie A była życzliwa osoba, która pozwoliła nam skserować swoje ćwiczeniowe notatki, to większość z grupy B poległaby na egzaminie. A co teraz mogę powiedzieć o Werterze? Że cierpiał. I miał kompleks Edypa. Z czego można wywnioskować, że miał kompleks? Bo cierpiał.
Półtora miesiąca ćwiczeń.
4. Mimo szczerych chęci, niektóre przedmioty nigdy Ci się nie przydadzą - podział języków do tej pory przydaje mi się w pracy. Kilka miesięcy temu pomagałam koleżance przygotować się do egzaminu magisterskiego tłumacząc jej strukturalizm. Wiem jak miał na imię Ingarden z ulicy Ingardena, przy której mieści się budynek Katedry Pedagogiki, w której studiowałam przez semestr. W środku nocy obudzona powiem Ci definicję fenomenologicznej koncepcji dzieła literackiego, ale prawdę mówiąc, jeszcze nigdy ta definicja nie uratowała mi dupy.
Wiem, że wykłady z filozofii, to strata czasu. Nic z nich nie pamiętam (to, co pamiętam z filozofii zawdzięczam zajęciom z literatury, nie wykładom z filozofii). Studiując pedagogikę przestałam robić notatki po kilku wykładach. Na filologii nawet nie kupiłam zeszytu do filozofii. Siadałam w ostatniej ławce i czytałam lektury. Jeśli będę chciała poszerzyć swoją wiedzę w tym zakresie wypożyczę sobie Tatarkiewicza.
Tak samo jest z etyką. Jeszcze gdyby to była etyka dziennikarska, to spoko. Ale zamienienie zajęć z etyki w religię, już nie jest takie "spoko". Tak, wykłady były z księdzem. Nie wspominając o puszczanych filmach (homoseksualizm to zło, aborcja to zło), po których nawet nie mieliśmy okazji do dyskusji i wymiany argumentów. Na etykę chodziło się tylko po to, żeby być, bo to był jeden z tych przedmiotów, na którym nie można było wagarować. Ale NIC z tego przedmiotu nie wyniosłam, w żaden sposób nie zmieniło to mojego postrzegania świata ani stosunku do ludzi.
Jednak najgorsze, co może być, to wykładanie dziennikarstwa przez teoretyków, a nie praktyków. Przez cały pierwszy rok pisaliśmy artykuły, o których myśleliśmy, że są dobre i które podobały się wykładowcom-teoretykom. A potem, na drugim roku pojawiły się zajęcia z praktykiem dziennikarstwa i praktyki dziennikarskie. Pan praktyk otworzył nam oczy i pokazał, jak złe były nasze pierwsze teksty. Ilość przedmiotów z teoretykami: 5. Z praktykiem: 1. Pięć przedmiotów uważam za stratę czasu, bo nawet, jeśli teoretycy powiedzieli coś, co nam się przydało, to potem praktyk i tak to powtórzył, tylko lepiej.
5. Wykładowcy, którzy głoszą "jedyną słuszną prawdę" - a Ty, jeśli myślisz inaczej jesteś zerem i nieukiem, nie rozumiesz tematu i lepiej w ogóle się nie odzywaj, jeśli masz się nie zgadzać, bo tylko się pogrążasz. W piątek wspomniałam wykładowcę, który wymagał od nas samodzielnego myślenia. Dziś chcę zauważyć, że był on jednym z nielicznych nauczycieli akademickich, którzy nie narzucali nam na siłę swojego zdania. Niestety w większości przypadków lektorzy byli oburzeni, jeśli głosiło się tezy odmienne z tym, co sami wygłaszali na zajęciach. I wtedy lepiej było w ogóle się nie odzywać, chyba, że nie masz planów na wakacje i chętnie przemyślisz swoje postępowanie do września.
6. Ludzie, których masz ochotę udusić - miałam świetną grupę dziennikarską. Staraliśmy się pomagać sobie, podpowiadaliśmy na kolosach, sprawdzaliśmy teksty i doradzaliśmy co należy zmienić, na przerwach trzymaliśmy się razem i rozmawialiśmy na różne tematy, a nie tylko o nauce. Niestety była jeszcze grupa nauczycielska. Znacie ten typ dziewczyn: "nic nie umiem, nic nie umiem, o Boże nie zdam, nic nie umiem!! O... pięć! Nie spodziewałam się". To takie irytujące. Albo przyznaj otwarcie "od miesiąca nie śpię, bo zakuwam", albo powiedz "umiem to, to i to, a jak o to mnie spytają to polegnę". Nienawidzę obłudy. I na nieszczęście większość nauczycielek taka była. Obłudna. Niby wszystkie wielkie przyjaciółki, a tak naprawdę każda każdej kłody pod nogi podkładała, byle by wygrać wyścig szczurów. Jestem osobą konfliktową, dlatego na przerwach wolałam wyjść z sali i posiedzieć w drugiej części budynku z dala od nauczycielek, niż wdawać się z nimi w konflikt, bo ile można słuchać o tym, że "nic nie umiałam, a znów mam pięć" lub wręcz przeciwnie "już nie pamiętam co to jest seks, tyle czasu poświęcam na naukę, a pewnie i tak nie zdam". Jakby mnie to obchodziło. Na trzecim roku miałam ich już tak serdecznie dość, że wypisałam się z konwersatorium językoznawczego prowadzonego przez umiejącego nauczać doktora i przepisałam się do pani profesor, która była postrachem braci studenckiej. Powód? Do doktora poza mną trafiły same nauczycielki. A przecież w studiowaniu nie o to chodzi, żeby psuć sobie wtorkowy poranek przebywając w gronie wrednych dziewczyn. Wolałam pójść do dość osobliwej pani profesor, a przynajmniej nie czuć na plecach morderczego spojrzenia dziewięciu dziewczyn, bo jeszcze bym im coś powiedziała, a po co mi kłótnie? Przecież i tak wiedziały, że Atta jest wredna, nie musiałam tego udowadniać tylko dlatego, że banda dziewuch się nudziła i chciała mnie sprowokować.
7. Studia humanistyczne nie zagwarantują Ci, że będziesz zarabiać miliony - ani nawet powyżej przyzwoitej stawki. Jeśli jesteś umysłem ścisłym, technicznym, wybitnie uzdolnionym artystą lub sportowcem, to jest bardzo prawdopodobne, że "góra" zgarnie Cię do siebie, bo potrzebni są im spece w danej dziedzinie. Po humanistyce zbyt wielu dobrze płatnych perspektyw nie masz. Pracę jako nauczyciel ciężko dostać, z samych korepetycji nie pojedziesz w podróż dookoła świata. Jako dziennikarz harujesz jak wół by wyrobić wierszówkę, a płace też są marne. Możesz zatrudnić się w wydawnictwach lub w innych kulturalnych placówkach, a i tak w większości przypadków zwykły budowlaniec będzie zarabiał więcej od Ciebie (pozdrawiam kolegę, który po gimnazjum poszedł do zawodówki i na budowach miesięcznie zarabia pięć razy więcej niż ja).
8. Czytasz to, co musisz, a nie to, na co masz ochotę - wiecie jakie było najczęściej powtarzane zdanie wśród wszystkich osób, które zdały wszystko w pierwszym terminie? Nareszcie mogę czytać to, co chcę, a nie to, co muszę. I to jest prawda. Od października do końca czerwca (nie licząc oczywiście przerw międzysemestralnych) ilość książek, które czytałam, bo miałam na nie czas wynosiła 0. Wiem, że na niektórych uczelniach lista lektur z literatury staropolskiej obejmuje nie więcej niż 15 pozycji (co to jest?!), ale jeśli Twoja lista to nie pół strony, a kilka kartek tytułów, to raczej nie będziesz mieć czasu, na czytanie zaległych książek, które zakupiłeś lub pożyczyłeś by poczytać dla przyjemności. Poza utworami antycznymi niewielka ilość lektur zachwyciła mnie na tyle, żeby po studiach do nich wrócić. A z tej niewielkiej ilości najbardziej zapadł mi w pamięć Karzeł Pära Lagerkvista. Niestety, poza kilkoma wspaniałymi utworami, większość (choć klasyka, więc zapewne głowię mi za to urwiecie) nie zachwyca. I niech nikt nie próbuje mi wmówić, że Próchno czy Żywe kamienie Wacława Berenta są wspaniałe (ten autor zza grobu "prześladował" mnie na studiach i mam do niego awersję). Przez trzy lata studiów większość książek wzbudzała we mnie takie same emocje jak wspomniana twórczość Berenta, a nie jak Karzeł. I są jeszcze lektury, które choć przeczytasz, to i tak nic z nich nie zapamiętasz.
9. Idziesz na studia, by się dokształcić, a i tak zazwyczaj kończysz ze streszczeniami - taka jest prawda. Niewiele osób czyta lektury, nawet na studiach humanistycznych. Nie wierzysz? Zaloguj się na jakimkolwiek forum i popytaj studentów filologii polskiej co preferują: lektury czy streszczenia. Z jednej strony tytułów jest tak dużo, że czasem po prostu nie wyrabiasz (przecież każdy przedmiot jest najważniejszy, więc niby kiedy masz czas czytać), a z drugiej strony po co masz czytać na przykład Lalkę, skoro jest serial, a w internecie możesz znaleźć świetne streszczenia z opracowaniami, które nie mają więcej niż 50 stron. Oczywiście u niektórych wykładowców to nie przejdzie, ale tuż przed sesją z literatury staropolskiej handel różnego rodzaju kserówkami streszczeń i opracowań miał się nieźle. I teraz odpowiedz sobie na pytanie: czy idziesz na studia, żeby się dokształcić (a co za tym idzie czytać lektury), czy tylko po to, by mieć papierek i wiedzę zaczerpniętą ze streszczeń i opracowań (streszczenia pomijają wiele z fabuły, a Ty i tak nie zapamiętasz wszystkiego ze streszczenia, czyli ile będziesz wiedział po przeczytaniu streszczenia wspomnianej wcześniej Lalki? 30% tego, co jest w lekturze albo mniej.)?
Nie ukrywam, czasem mimo wielkich chęci nie dasz rady przebrnąć przez pewne lektury. Dla mnie nie do przebrnięcia był Berent. Za to Sen Azrilla Stryjkowskiego czytało się szybko i przyjemnie. Po miesiącu od lektury, gdy na egzaminie dostałam pytanie o ten utwór potrafiłam tylko powiedzieć, że książka była jedną z cieńszych, miała czarną okładkę i pożółkłe strony. Nic nie pamiętałam. Przez niektóre lektury nie przebrniesz, innych nie zapamiętasz. I wtedy zostają Ci streszczenia, a przecież nie o to chodzi.
10. Lektoraty - po licencjacie Twoja znajomość wybranego języka powinna być na poziomie B2. Jak jest w rzeczywistości? Studentów, którzy po licencjacie mogli się pochwalić znajomością języka obcego na tym poziomie znam raptem kilku. Większość wykładowców podchodzi do lektoratów na zasadzie: to tylko dodatkowy przedmiot, ile przerobimy, to przerobimy. W pierwszym semestrze mój rocznik został podzielony na dwie grupy językowe, ja znalazłam się w mocniejszej, a i tak między studentami w mojej grupie była spora różnica poziomów. Żeby ten poziom wyrównać zaczęliśmy naukę od podręcznika Pre-Intermediate (poziom A2). Wierzcie mi lub nie, ale tuż przed egzaminem końcowym (piąty semestr) wciąż wałkowaliśmy ten podręcznik.
Moja przyjaciółka Magda nigdy w życiu nie miała styczności z językiem angielskim, a na jej kierunku nie było możliwości wyboru niemieckiego. Wykładowca wiedział, że szczytem możliwości Magdy jest odmiana to be w czasie przeszłym, więc dał jej spokój, a ocenę z egzaminu naciągnął jej na tróję.
Inna znajoma po licencjacie może się pochwalić znajomością języka niemieckiego na poziomie "ledwo-B1".
Przykłady mogę mnożyć w nieskończoność. Prawda jest taka, że B2 po licencjacie na większości kierunków to ściema.
11. Darmowe studia dzienne - największy mit, który ma na celu przyciągnięcie studentów! Podręczniki akademickie są drogie, a nie każdy wykładowca na pierwszym spotkaniu mówi: "oczywiście jesteście inteligentnymi ludźmi, więc jestem pewien, że jeśli nie zdobędziecie w bibliotekach i księgarniach potrzebnych materiałów, to pewnie odnajdziecie je na pewnym portalu z gryzoniem w nazwie". Poza tego typu miłymi wykładowcami znajdują się też ci, którzy walczą z plagiatem i każą przynosić na zajęcia podręczniki za kilkadziesiąt (lub kilkaset) złotych. Jeden egzemplarz na dwie osoby. Nieważne, że uczelnia nie ma go w swoich zbiorach, istnieją inne biblioteki. Najbliższe dwa egzemplarze są w Krakowie? A co mnie to obchodzi? Nie masz wyjścia, musisz kupić podręcznik. Ten sam problem ciągle napotykałam przy omawianiu lektur (zwłaszcza antycznych, staropolskich i - co najdziwniejsze - współczesnych), których w trzyletnim toku studiów uzbierał się pokaźny stos (a teraz tylko zbierają kurz).
Kserowanie materiałów do licznych prac też kosztuje (na szczęście sporo zaoszczędziłam na kserowaniu notatek, bo poza ćwiczeniami z romantyzmu nic nie kserowałam). Najczęściej w kolejce w punkcie ksero trafiałam na studentów architektury: "mam do wydrukowania jeden projekt. Tak, na tym większym formacie i błyszczącym papierze. Tak, w kolorze.... Ile?! 60złotych za wydrukowanie jednego projektu? K**wa, w tym tygodniu mam do wydrukowania jeszcze trzy."
Nawet jeśli jesteś na państwowych, darmowych studiach i tak sporo Cię kosztują.
Oczywiście należy także pamiętać o bardzo powszechnej sytuacji, gdy młodzi studiują dziennie, wynajmują mieszkanie, a za wszystko płacą rodzice. Mam nadzieję, że jest dla Was oczywiste, że dziecko na studiach to wielkie obciążenie dla rodziców. Przez semestr mieszkałam w Krakowie i tam też wynajmowałam jednopokojowe mieszkanie (oczywiście miałam współlokatorkę), a dopiero półroczny staż zrekompensował straty, które ponieśli moi rodzice przez mój kaprys studiowania w Wielkim Mieście Krakowie.
W tej części to by było na tyle jeśli chodzi o wybrane minusy studiowania. Niebawem pokuszę się o napisanie podsumowania moich wywodów dotyczących tego, czy warto poświęcić czas, nerwy i pieniądze na to, by zdobyć wyższe wykształcenie.
Trzymajcie się!
Sytuacja nr 1: pierwszy rok studiów, gramatyka opisowa: pan profesor był od wykładów, pan doktor był od ćwiczeń. Pan profesor traktował nas jakbyśmy tylko zawracali mu głowę i nic nie tłumaczył. A jeśli tłumaczył, to po to, żeby udowodnić, że w podręczniku są kłamstwa i tylko on głosi "jedyną słuszną prawdę" ("zakłamanie" w podręczniku osiągnęło tak wysoki poziom, że fonetyczny zapis niektórych liter był "zły" i albo nauczymy się "właściwego" zapisu, albo będzie problem). Ćwiczenia z panem doktorem odbywały się w atmosferze bądź czujny - dużo kolosów, zadań domowych i wywoływanie po kolei do tablicy (chciał, żebyśmy dobrze opanowali materiał). Uważał, że w podręczniku nie ma żadnych przekłamań (prosił tylko, by posiadacze wydań sprzed dziesięciu lat skserowali sobie dwie tabele z nowszych egzemplarzy, bo tam akurat wprowadzono istotne zmiany, a na egzaminie obowiązuje to, co aktualne). I nauczał! Gdyby nie on, pewnie wszyscy by oblali egzamin. Jeden temat omawiał tak długo, dopóki go nie zrozumieliśmy. No dobrze, może i profesor był do d**y, ale doktor dobrze wykładał, więc w czym problem? A w tym, że wszystko, co wiedzieliśmy z gramatyki opisowej, wiedzieliśmy od doktora. A skoro on głosił, że podręcznikowi nic nie można zarzucić, to uznaliśmy, że w takim razie na egzamin spokojnie można się uczyć z podręcznika i z notatek z ćwiczeń (i tak tylko to rozumieliśmy). I co? I większość z nas ledwo zdała, bo profesor poodejmował nam punkty za "złe" litery, za "złą" tabelę i w ogóle za to, że większość poleceń rozpracowaliśmy tak, jak nas tego uczył pan doktor (za którym profesor nie przepada).
Rok później, kiedy doktor nie prowadził ćwiczeń, w pierwszym terminie egzamin zdały cztery osoby.
Sytuacja nr 2: drugi rok studiów, literatura romantyczna. Wykłady z kobietą A, ćwiczenia z A (grupa nauczycielska) lub z B (grupa dziennikarska). Egzamin przeprowadzi A. O B można powiedzieć, że po pierwsze nade wszystko wielbi Mickiewicza, a po drugie wszystko interpretuje pod kątem psychoanalizy (dla niej każdy bohater ma kompleks Edypa lub Elektry). Romantyzm mieliśmy przez semestr. Półtora miesiąca ćwiczeń to psychoanaliza Wertera na przykładzie jego jednego listu (grupa A powoli kończy twórczość Mickiewicza). Rozumiem, gdybyśmy poświęcili temu zagadnieniu półtorej godziny ćwiczeń, a nie prawie pół semestru! Po Werterze pora na interpretację Ballad i romansów. I to by było na tyle, semestr się skończył (grupa A zdążyła ze wszystkimi lekturami). Gdyby nie to, że w grupie A była życzliwa osoba, która pozwoliła nam skserować swoje ćwiczeniowe notatki, to większość z grupy B poległaby na egzaminie. A co teraz mogę powiedzieć o Werterze? Że cierpiał. I miał kompleks Edypa. Z czego można wywnioskować, że miał kompleks? Bo cierpiał.
Półtora miesiąca ćwiczeń.
4. Mimo szczerych chęci, niektóre przedmioty nigdy Ci się nie przydadzą - podział języków do tej pory przydaje mi się w pracy. Kilka miesięcy temu pomagałam koleżance przygotować się do egzaminu magisterskiego tłumacząc jej strukturalizm. Wiem jak miał na imię Ingarden z ulicy Ingardena, przy której mieści się budynek Katedry Pedagogiki, w której studiowałam przez semestr. W środku nocy obudzona powiem Ci definicję fenomenologicznej koncepcji dzieła literackiego, ale prawdę mówiąc, jeszcze nigdy ta definicja nie uratowała mi dupy.
Wiem, że wykłady z filozofii, to strata czasu. Nic z nich nie pamiętam (to, co pamiętam z filozofii zawdzięczam zajęciom z literatury, nie wykładom z filozofii). Studiując pedagogikę przestałam robić notatki po kilku wykładach. Na filologii nawet nie kupiłam zeszytu do filozofii. Siadałam w ostatniej ławce i czytałam lektury. Jeśli będę chciała poszerzyć swoją wiedzę w tym zakresie wypożyczę sobie Tatarkiewicza.
Tak samo jest z etyką. Jeszcze gdyby to była etyka dziennikarska, to spoko. Ale zamienienie zajęć z etyki w religię, już nie jest takie "spoko". Tak, wykłady były z księdzem. Nie wspominając o puszczanych filmach (homoseksualizm to zło, aborcja to zło), po których nawet nie mieliśmy okazji do dyskusji i wymiany argumentów. Na etykę chodziło się tylko po to, żeby być, bo to był jeden z tych przedmiotów, na którym nie można było wagarować. Ale NIC z tego przedmiotu nie wyniosłam, w żaden sposób nie zmieniło to mojego postrzegania świata ani stosunku do ludzi.
Jednak najgorsze, co może być, to wykładanie dziennikarstwa przez teoretyków, a nie praktyków. Przez cały pierwszy rok pisaliśmy artykuły, o których myśleliśmy, że są dobre i które podobały się wykładowcom-teoretykom. A potem, na drugim roku pojawiły się zajęcia z praktykiem dziennikarstwa i praktyki dziennikarskie. Pan praktyk otworzył nam oczy i pokazał, jak złe były nasze pierwsze teksty. Ilość przedmiotów z teoretykami: 5. Z praktykiem: 1. Pięć przedmiotów uważam za stratę czasu, bo nawet, jeśli teoretycy powiedzieli coś, co nam się przydało, to potem praktyk i tak to powtórzył, tylko lepiej.
5. Wykładowcy, którzy głoszą "jedyną słuszną prawdę" - a Ty, jeśli myślisz inaczej jesteś zerem i nieukiem, nie rozumiesz tematu i lepiej w ogóle się nie odzywaj, jeśli masz się nie zgadzać, bo tylko się pogrążasz. W piątek wspomniałam wykładowcę, który wymagał od nas samodzielnego myślenia. Dziś chcę zauważyć, że był on jednym z nielicznych nauczycieli akademickich, którzy nie narzucali nam na siłę swojego zdania. Niestety w większości przypadków lektorzy byli oburzeni, jeśli głosiło się tezy odmienne z tym, co sami wygłaszali na zajęciach. I wtedy lepiej było w ogóle się nie odzywać, chyba, że nie masz planów na wakacje i chętnie przemyślisz swoje postępowanie do września.
6. Ludzie, których masz ochotę udusić - miałam świetną grupę dziennikarską. Staraliśmy się pomagać sobie, podpowiadaliśmy na kolosach, sprawdzaliśmy teksty i doradzaliśmy co należy zmienić, na przerwach trzymaliśmy się razem i rozmawialiśmy na różne tematy, a nie tylko o nauce. Niestety była jeszcze grupa nauczycielska. Znacie ten typ dziewczyn: "nic nie umiem, nic nie umiem, o Boże nie zdam, nic nie umiem!! O... pięć! Nie spodziewałam się". To takie irytujące. Albo przyznaj otwarcie "od miesiąca nie śpię, bo zakuwam", albo powiedz "umiem to, to i to, a jak o to mnie spytają to polegnę". Nienawidzę obłudy. I na nieszczęście większość nauczycielek taka była. Obłudna. Niby wszystkie wielkie przyjaciółki, a tak naprawdę każda każdej kłody pod nogi podkładała, byle by wygrać wyścig szczurów. Jestem osobą konfliktową, dlatego na przerwach wolałam wyjść z sali i posiedzieć w drugiej części budynku z dala od nauczycielek, niż wdawać się z nimi w konflikt, bo ile można słuchać o tym, że "nic nie umiałam, a znów mam pięć" lub wręcz przeciwnie "już nie pamiętam co to jest seks, tyle czasu poświęcam na naukę, a pewnie i tak nie zdam". Jakby mnie to obchodziło. Na trzecim roku miałam ich już tak serdecznie dość, że wypisałam się z konwersatorium językoznawczego prowadzonego przez umiejącego nauczać doktora i przepisałam się do pani profesor, która była postrachem braci studenckiej. Powód? Do doktora poza mną trafiły same nauczycielki. A przecież w studiowaniu nie o to chodzi, żeby psuć sobie wtorkowy poranek przebywając w gronie wrednych dziewczyn. Wolałam pójść do dość osobliwej pani profesor, a przynajmniej nie czuć na plecach morderczego spojrzenia dziewięciu dziewczyn, bo jeszcze bym im coś powiedziała, a po co mi kłótnie? Przecież i tak wiedziały, że Atta jest wredna, nie musiałam tego udowadniać tylko dlatego, że banda dziewuch się nudziła i chciała mnie sprowokować.
7. Studia humanistyczne nie zagwarantują Ci, że będziesz zarabiać miliony - ani nawet powyżej przyzwoitej stawki. Jeśli jesteś umysłem ścisłym, technicznym, wybitnie uzdolnionym artystą lub sportowcem, to jest bardzo prawdopodobne, że "góra" zgarnie Cię do siebie, bo potrzebni są im spece w danej dziedzinie. Po humanistyce zbyt wielu dobrze płatnych perspektyw nie masz. Pracę jako nauczyciel ciężko dostać, z samych korepetycji nie pojedziesz w podróż dookoła świata. Jako dziennikarz harujesz jak wół by wyrobić wierszówkę, a płace też są marne. Możesz zatrudnić się w wydawnictwach lub w innych kulturalnych placówkach, a i tak w większości przypadków zwykły budowlaniec będzie zarabiał więcej od Ciebie (pozdrawiam kolegę, który po gimnazjum poszedł do zawodówki i na budowach miesięcznie zarabia pięć razy więcej niż ja).
8. Czytasz to, co musisz, a nie to, na co masz ochotę - wiecie jakie było najczęściej powtarzane zdanie wśród wszystkich osób, które zdały wszystko w pierwszym terminie? Nareszcie mogę czytać to, co chcę, a nie to, co muszę. I to jest prawda. Od października do końca czerwca (nie licząc oczywiście przerw międzysemestralnych) ilość książek, które czytałam, bo miałam na nie czas wynosiła 0. Wiem, że na niektórych uczelniach lista lektur z literatury staropolskiej obejmuje nie więcej niż 15 pozycji (co to jest?!), ale jeśli Twoja lista to nie pół strony, a kilka kartek tytułów, to raczej nie będziesz mieć czasu, na czytanie zaległych książek, które zakupiłeś lub pożyczyłeś by poczytać dla przyjemności. Poza utworami antycznymi niewielka ilość lektur zachwyciła mnie na tyle, żeby po studiach do nich wrócić. A z tej niewielkiej ilości najbardziej zapadł mi w pamięć Karzeł Pära Lagerkvista. Niestety, poza kilkoma wspaniałymi utworami, większość (choć klasyka, więc zapewne głowię mi za to urwiecie) nie zachwyca. I niech nikt nie próbuje mi wmówić, że Próchno czy Żywe kamienie Wacława Berenta są wspaniałe (ten autor zza grobu "prześladował" mnie na studiach i mam do niego awersję). Przez trzy lata studiów większość książek wzbudzała we mnie takie same emocje jak wspomniana twórczość Berenta, a nie jak Karzeł. I są jeszcze lektury, które choć przeczytasz, to i tak nic z nich nie zapamiętasz.
9. Idziesz na studia, by się dokształcić, a i tak zazwyczaj kończysz ze streszczeniami - taka jest prawda. Niewiele osób czyta lektury, nawet na studiach humanistycznych. Nie wierzysz? Zaloguj się na jakimkolwiek forum i popytaj studentów filologii polskiej co preferują: lektury czy streszczenia. Z jednej strony tytułów jest tak dużo, że czasem po prostu nie wyrabiasz (przecież każdy przedmiot jest najważniejszy, więc niby kiedy masz czas czytać), a z drugiej strony po co masz czytać na przykład Lalkę, skoro jest serial, a w internecie możesz znaleźć świetne streszczenia z opracowaniami, które nie mają więcej niż 50 stron. Oczywiście u niektórych wykładowców to nie przejdzie, ale tuż przed sesją z literatury staropolskiej handel różnego rodzaju kserówkami streszczeń i opracowań miał się nieźle. I teraz odpowiedz sobie na pytanie: czy idziesz na studia, żeby się dokształcić (a co za tym idzie czytać lektury), czy tylko po to, by mieć papierek i wiedzę zaczerpniętą ze streszczeń i opracowań (streszczenia pomijają wiele z fabuły, a Ty i tak nie zapamiętasz wszystkiego ze streszczenia, czyli ile będziesz wiedział po przeczytaniu streszczenia wspomnianej wcześniej Lalki? 30% tego, co jest w lekturze albo mniej.)?
Nie ukrywam, czasem mimo wielkich chęci nie dasz rady przebrnąć przez pewne lektury. Dla mnie nie do przebrnięcia był Berent. Za to Sen Azrilla Stryjkowskiego czytało się szybko i przyjemnie. Po miesiącu od lektury, gdy na egzaminie dostałam pytanie o ten utwór potrafiłam tylko powiedzieć, że książka była jedną z cieńszych, miała czarną okładkę i pożółkłe strony. Nic nie pamiętałam. Przez niektóre lektury nie przebrniesz, innych nie zapamiętasz. I wtedy zostają Ci streszczenia, a przecież nie o to chodzi.
10. Lektoraty - po licencjacie Twoja znajomość wybranego języka powinna być na poziomie B2. Jak jest w rzeczywistości? Studentów, którzy po licencjacie mogli się pochwalić znajomością języka obcego na tym poziomie znam raptem kilku. Większość wykładowców podchodzi do lektoratów na zasadzie: to tylko dodatkowy przedmiot, ile przerobimy, to przerobimy. W pierwszym semestrze mój rocznik został podzielony na dwie grupy językowe, ja znalazłam się w mocniejszej, a i tak między studentami w mojej grupie była spora różnica poziomów. Żeby ten poziom wyrównać zaczęliśmy naukę od podręcznika Pre-Intermediate (poziom A2). Wierzcie mi lub nie, ale tuż przed egzaminem końcowym (piąty semestr) wciąż wałkowaliśmy ten podręcznik.
Moja przyjaciółka Magda nigdy w życiu nie miała styczności z językiem angielskim, a na jej kierunku nie było możliwości wyboru niemieckiego. Wykładowca wiedział, że szczytem możliwości Magdy jest odmiana to be w czasie przeszłym, więc dał jej spokój, a ocenę z egzaminu naciągnął jej na tróję.
Inna znajoma po licencjacie może się pochwalić znajomością języka niemieckiego na poziomie "ledwo-B1".
Przykłady mogę mnożyć w nieskończoność. Prawda jest taka, że B2 po licencjacie na większości kierunków to ściema.
11. Darmowe studia dzienne - największy mit, który ma na celu przyciągnięcie studentów! Podręczniki akademickie są drogie, a nie każdy wykładowca na pierwszym spotkaniu mówi: "oczywiście jesteście inteligentnymi ludźmi, więc jestem pewien, że jeśli nie zdobędziecie w bibliotekach i księgarniach potrzebnych materiałów, to pewnie odnajdziecie je na pewnym portalu z gryzoniem w nazwie". Poza tego typu miłymi wykładowcami znajdują się też ci, którzy walczą z plagiatem i każą przynosić na zajęcia podręczniki za kilkadziesiąt (lub kilkaset) złotych. Jeden egzemplarz na dwie osoby. Nieważne, że uczelnia nie ma go w swoich zbiorach, istnieją inne biblioteki. Najbliższe dwa egzemplarze są w Krakowie? A co mnie to obchodzi? Nie masz wyjścia, musisz kupić podręcznik. Ten sam problem ciągle napotykałam przy omawianiu lektur (zwłaszcza antycznych, staropolskich i - co najdziwniejsze - współczesnych), których w trzyletnim toku studiów uzbierał się pokaźny stos (a teraz tylko zbierają kurz).
Kserowanie materiałów do licznych prac też kosztuje (na szczęście sporo zaoszczędziłam na kserowaniu notatek, bo poza ćwiczeniami z romantyzmu nic nie kserowałam). Najczęściej w kolejce w punkcie ksero trafiałam na studentów architektury: "mam do wydrukowania jeden projekt. Tak, na tym większym formacie i błyszczącym papierze. Tak, w kolorze.... Ile?! 60złotych za wydrukowanie jednego projektu? K**wa, w tym tygodniu mam do wydrukowania jeszcze trzy."
Nawet jeśli jesteś na państwowych, darmowych studiach i tak sporo Cię kosztują.
Oczywiście należy także pamiętać o bardzo powszechnej sytuacji, gdy młodzi studiują dziennie, wynajmują mieszkanie, a za wszystko płacą rodzice. Mam nadzieję, że jest dla Was oczywiste, że dziecko na studiach to wielkie obciążenie dla rodziców. Przez semestr mieszkałam w Krakowie i tam też wynajmowałam jednopokojowe mieszkanie (oczywiście miałam współlokatorkę), a dopiero półroczny staż zrekompensował straty, które ponieśli moi rodzice przez mój kaprys studiowania w Wielkim Mieście Krakowie.
W tej części to by było na tyle jeśli chodzi o wybrane minusy studiowania. Niebawem pokuszę się o napisanie podsumowania moich wywodów dotyczących tego, czy warto poświęcić czas, nerwy i pieniądze na to, by zdobyć wyższe wykształcenie.
Trzymajcie się!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz