poniedziałek, 22 września 2014

Nie ma nic gorszego, niż dziecko trzymane pod kloszem

Koniec września, zbliża się październik. Uczniowie w szkołach mają już poukładane plany zajęć, czyli nareszcie można na poważnie zapisywać dzieci na wszelkie możliwe zajęcia dodatkowe. W mojej pracy jest to najgorętszy okres w całym roku: od października startujemy z kursami, większość nowych i stałych klientów dopiero teraz przypomniała sobie, że przecież trzeba zapisać siebie i/ lub dziecko na kurs językowy, a jeszcze lepiej na kilka kursów. A Ty sobie sekretarko siedź i układaj plany zajęć tak, żeby to nam, ale tylko i wyłącznie nam było najlepiej. 

Miło, jeżeli pytając o dni i godziny, które klientom nie odpowiadają słyszę: mały ma szkołę do 15:00, tak więc w obojętnie jaki dzień, byle by po 15:00 możemy się tu zjawić. Kocham takich klientów, chwała Wam za to! Gorzej z tymi, którzy zapisują siebie i trójkę dzieci na pięć różnych kursów, ale deklarują, że w całym tygodniu mają tylko cztery godziny wolnego czasu i w tych czterech godzinach należy wcisnąć wszystkie zajęcia. Jeśli mają być indywidualne, no problem, jestem wstanie to zrobić. Gorzej, jeśli pięć kursów ma być grupowych. I dostosuj teraz człowieku plany zajęć tak, żeby pasowały wszystkim lektorom i wszystkim kursantom, przy okazji mieszcząc wszystko w zadeklarowanych przez jedną rodzinę czterech godzinach luzu. Dobrze, że wiatrówka jest w pokoju mojego Lubego, bo gdybym miała ją w pracy, to chyba bym po nią sięgnęła. Ale wbrew pozorom, w większości przypadków to także jest wykonalne. Wymaga mnóstwa telefonów, czterech milionów rozpisek planów zajęć tak, by wszystkich zadowolić, kilkudziesięciu wulgaryzmów powtarzanych w głowie jak mantra, ale da się. Ewentualnie niewielki kompromis, gdy Rodzina zauważy jak trudne jest to do pogodzenia, ale ostatecznie wszyscy są zadowoleni.

Są także rodzice Bogaci przez wielkie B. Nie, nie są oni najbogatsi, ich nazwisk nie zna cała Polska (o dziwo ci z Nazwiskami nie są aż tak problematyczni w ustalaniu planów), a jednak mimo tego kłócą się o każdą zmianę w planie (nieważne, że jest to pięć minut) i robią potężne awantury, gdy cennik zmieni się o pół stówki (bo niby są stałymi klientami. A gdzie znajomość regulaminu, w którym jest wyraźnie zaznaczone, że jeśli liczba kursantów lub preferowany wymiar kursu ulegną zmianie, to zmianie może ulec też cena? Tego się już stały kliencie przez tych kilka lat naszej współpracy nie doczytało w regulaminie? Fak ju!). Są Bogaczami, mają kasę, wożą się drogimi samochodami, mają "ajfony", więc myślą, że wolno im się wyżywać na sekretarce. Nie Panowie (dlaczego to są zawsze faceci?), nie wolno. Za pierwszym razem jestem miła i zgrywam ciemną blondynkę. Za drugim razem jestem miła, ale znam swoje prawa i znam prawa klientów, więc żądam by je respektowano. Nie? Ok, inaczej sobie porozmawiamy. Wciąż będę miła. A Ty będziesz wiedział, jak to wszystko spierdoliłeś i na jakiego Buraka wyszedłeś. Buraka przez wielkie B, panie bogaczu. Ty chuju.

Nie wiem, kogo bardziej nienawidzę: Bogaczy czy rodziców, o których mówię, że trzymają swoje dzieci pod kloszem. Tych, do których jak mam zadzwonić, to już jestem chora, a gdy słyszę ich argumentację, to mam ochotę powiedzieć im dosadnie co o tym wszystkim myślę (a czego zrobić nie mogę, bo szkoda marnować niezłą pracę, w której chaos jest przez miesiąc, a potem czeka mnie 11 miesięcy prawie-laby).

Kim jest rodzic trzymający klosz?
Mama (zawsze, ale to zawsze matka!), która posyła swoje dziecko na kurs, bo chce, żeby mu w życiu było łatwiej, by poznało język(i), by w przyszłości cały świat stał dla pociechy otworem. Taka oto mama, w zależności od tego, jaką zaplanowała dla dziecka przyszłość, zapisuje je albo tylko na jeden, określony kurs, albo na kilka (dodatkowa matematyka, pianino, lekcje rysunku).

Przykład: mamy pewną Uczennicę X, która uczęszcza na zajęcia grupowe tylko w jeden, określony dzień tygodnia, o którym się śpiewa, że gdyby nie on, to każdy taki sam by był. W tym roku ten dzień odpada, ponieważ grupie tak się pozmieniały plany (zajęcia dodatkowe, treningi itp), że jedynym możliwym dniem na zorganizowanie kursu jest Inny Dzień. Wszyscy się zgodzili, potrzebuję tylko zgodę mamy Uczennicy X. ZGody nie ma i nie będzie. Dlaczego? Ależ ona jest już w liecum, to poważna sprawa! Ma dodatkowe zajęcia w Jeden Dzień, a przecież w pozostałe musi się przygotowywać na następne dni do szkoły. Nie, absolutnie nie zgadzam się. Specjalnie zapisałam ją na zajęcia w sobotę, bo na niedzielę nie musi się szykować do szkoły. Argument, że to propunuję jej tylko jeden Inny Dzień nie przemawia do niej, bo jak to tak, ona po szkole będzie miała do was przyjść, czekać pół godziny na zajęcia, mieć lekcję, wrócić do domu i dopiero potem będzie mogła się zająć odrabianiem lekcji? Argument, że wielu naszych kursantów tak robi i najwyżej odrabia lekcje u nas w wyznaczonym do tego miejscu nie trafia, bo przecież szkoła to nie dom, jak ona ma lekcje odrabiać poza domem? No i kiedy tak właściwie zje obiad? JAK WRÓCI??!!. Argument z obiadem to standard. Co roku słyszę go po kilka razy. Nowością było to, że zadania domowe trzeba odrabiać w domu. I w takich chwilach naprawdę żałuję, że z klientką rozmawiam przez telefon. I że nie mam swojej własnej broni palnej.

Szanowna Mamo: te argumenty są tak z dupy wzięte, że sorry, ale nie przemawiają do mnie.

W czwartej klasie szkoły podstawowej zapisałam się do szkoły muzycznej. Przez dwa lata byłam odprowadzana tam przez babcię, a odbierana przez rodziców. A potem musiałam sobie radzić sama. Od pierwszej klasy gimnazjum schemat był podobny: do szkoły na 7:30, po powrocie do domu wyprowadzić psa na spacer, szybki bieg na autobus, jeśli miałam piętnaście minut to frytki albo pierogi na mieście (jeśli nie miałam, to kanapki), zajęcia z kształcenia słuchu, czekanie, rytmika, czekanie, skrzypce, czekanie, chór, sprint by zdążyć na autobus o 20:05, powrót do domu, jedzenie ok 20:30. Wiadomo, że nie we wszystkie dni miałam tak napięty grafik, w pierwszej gimnazjum w piątki kończyłam o 10:45 i zaczynałam weekend, ale rozumiecie o co mi chodzi. Bywały dni, kiedy wychodząc z domu o 7:20 czas wolny zaczynałam o 20:30 (jeśli nie miałam zadań domowych). Dało się? Wiadomo, nie były to moje ulubione dni (przede wszystkim dlatego, że minęłam się z powołaniem i nienawidziłam skrzypiec), ale jakoś przez cały rok szkolny udało się to wszystko ogarnąć. Czasem na przerwach odrabiało się zadania (najczęściej pisałam wypracowania z polskiego), czasem czytało lektury, ewentualnie powtarzałam fizykę i chemię lub wymyślałam projekt rysunku na najbliższe zajęcia z plastyki. Jeśli tylko chciałam (o ile mi się chciało), to mogłam wygospodarować czas na to, żeby zająć się nauką. Tak więc sorry Mamusiu, argument, że Twoja córka W LICEUM nie może mieć dodatkowej lekcji języka obcego w tygodniu, bo przecież musi się uczyć do szkoły mnie nie przekonuje. Wiem po sobie, że o wiele młodsze gówniary dają sobie radę z wieloma zadaniami jednego dnia.

Aaaa.... że niby zależy Ci na perfekcyjnych wynikach dziecka, żeby się dostało na równie perfekcyjne studia? A że tak spytam: jak sobie będzie radzić na tych studiach, zapewne w Wielkim Mieście, skoro niejednokrotnie będzie musiała biec na uczelnię skoro świt, wróci jak będzie ciemno, a jeszcze sama będzie musiała o siebie zadbać, zakupy zrobić, mieszkanie posprzątać i ugotować coś do jedzenia? Wtedy da radę? Ziemia do Matki! To będzie za dwa lata! A Ty wciąż nie pozwalasz jej by nauczyła się tak organizować czas, by znalazła półtorej godziny na dodatkowe zajęcie, które do tej pory miała w sobotę.

Oczywiście zawsze pojawia się argument: jeśli nie dostosujecie planu do potrzeb mojego dziecka, to znajdziemy sobie inną szkołę. Ilekroć to słyszę, mam ochotę powiedzieć powtarzane przez moją mamę zdanie: od straszenia to są duchy.

Czasami wydaje mi się, że gdybym ustalała zajęcia bezpośrednio z córkami tych matek, to o wiele szybciej udałoby się nam dogadać. Bo w większości przypadków wina nie leży po stronie dziecka, tylko Matki, która jest nadopiekuńcza, nadwrażliwa, chucha i dmucha na swoje dziecko, spełnia każde jego zachcianki i nie dociera do niej, że trzymając dziecko pod kloszem robi mu więcej szkód niż pożytku. Nie ma to jak późniejsze bolesne zderzenie z rzeczywistością i światem dorosłych: umiesz liczyć? Licz na siebie.

Plany muszą być ustalone do końca tego tygodnia. Walczę dalej. Z Matkami, z Burakami.

I z tym, żeby nie zwariować.



Kochanie, na weekend szykuj tarczę i wiatrówkę. Trzeba odreagować.

wtorek, 16 września 2014

"Zostań wege na 30 dni" - podsumowanie miesięcznej akcji



O moich oczekiwaniach względem akcji Zostań wege na 30 dni pisałam w tym poście. W ramach przypomnienia: od ponad pięciu lat byłam wegetarianką i z czasem przestało mi to wystarczać. Postanowiłam, że przejdę na weganizm, a w ramach usystematyzowania swojej wiedzy (a przy okazji zmotywowania do tego, by zrezygnować z moich ukochanych białych Magnumów, Kinder Czekolady i potężnych ilości białego i żółtego sera) postanowiłam zapisać się do programu Zostań wege na 30 dni. Czy wytrwałam? O tym w dzisiejszym poście.

piątek, 12 września 2014

Wspomnienia o przeszłości, gdybanie o przyszłości, czyli nie narzucajcie innym własnej woli

Ponad pięć lat temu przestałam jeść mięso. Rok później przestałam chodzić do kościoła. Możecie spytać: co wspólnego mają te oba fakty? W moim przypadku bardzo wiele. Dzisiejszy tekst będzie o podstawie tolerancji, która według mnie jest niezbędna, by na najniższych szczeblach drabiny społecznej pozwalała budować zdrowe relacje międzyludzkie. Dziś o narzucaniu innym swojego sposobu patrzenia na pewne kwestie.

Źródło - gdzieś w internecie, nie pamiętam gdzie.

sobota, 6 września 2014

Nie wrócę do szkoły, nawet jeśli mi zaplacisz

Pierwszy tydzień szkoły za nami (a właściwie za wszystkimi uczniami).

Kiedy w poniedziałek rano wracałam od A. i zmierzałam prosto do pracy nie mogłam nie zauważyć tłumów uczniów, którzy po rozpoczęciu roku szkolnego pojawili się na ulicach mojego miasteczka. 

Po raz pierwszy od siedemnastu lat w moim domu nikt nie prasował z tej okazji strojów apelowych. Nie było biegania za rajstopami pończochowymi, dobierania krawata do garnituru i koszuli ani pastowania butów. Mogłam sobie pozwolić na nocowanie u A., a mój brat dopiero przed 13:00 poczłapał w stronę kuchni, by zrobić sobie kawę na śniadanie. Tak przynajmniej wnioskuję po jego obecności na Facebooku.

Niedawno oglądałam z mamą 17 again. Wiecie, ten film, w którym dorosły facet cofa się w czasie i znów jest w liceum. Mam nadzieję, że mnie to nigdy nie spotka. 

środa, 27 sierpnia 2014

Najlepsze wakacyjne ćwiczenia

Ostatnie dni "wakacji" (przynajmniej dla uczniów, bo ja już pracuję), plan treningowy do końca tygodnia mam przygotowany. Ponieważ do końca miesiąca nie uwzględniłam żadnych nowych ćwiczeń, pora na podsumowanie tych, które w wakacje wywarły na mnie największe wrażenia.

Jak wspominałam w półrocznym podsumowaniu moich zmagań ze sportem, z gotowych programów do tej pory ćwiczyłam z Ewą Chodakowską, Mel B i z dziewczynami z XHIT. Planowałam dołączyć ćwiczenia z Zuzką Light, ale je odłożyłam na wrzesień.

Które zestawy w takim razie najbardziej dały mi w kość? Oto podsumowanie:

wtorek, 19 sierpnia 2014

Czy nie jest za późno na relaks?

Posty piszę od kilku dni. Codziennie. I codziennie je wymazuję. 

To znak, że po półtora miesiąca urlopu mój organizm się zbuntował, miał dość tego, że pomimo iż nie pracuję to ciągle coś robię i nie mogę spokojnie usiedzieć w miejscu. Powrót do pracy zbliża się wielkimi krokami, a ja nareszcie (lub dopiero teraz) poczułam, że muszę odpocząć. Nigdy nie myślałam, że w wakacje będę musiała wziąć sobie dzień chorobowego od pracy.

(ponieważ nie rozgryzłam jak się wkleja fragmenty filmików, polecam oglądać fragment 4:58-6:09)



Jednym z moich postanowień na wakacje było to, żeby się nie rozleniwić, bo potem trudniej będzie powrócić do pracy. Postanowienie zrealizowałam na 200% - nigdy w życiu nie zmęczyłam się tak będąc na wakacjach.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Czy warto zapisać się do szkoły językowej? Różne drogi do poznania języków obcych

Wakacje nieubłaganie zmierzają do końca, już niebawem rozpocznie się rok szkolny. To najlepszy czas dla szkół językowych i ich klientów, by wystartować z nowymi kursami. Ale czy w dzisiejszych czasach szkoła językowa rzeczywiście jest najlepszym sposobem by nauczyć się języka? W dzisiejszym poście postaram się pokrótce przedstawić kilka najpowszechniejszych sposobów na naukę języków obcych.

Nauka w państwowej szkole (nieważnie czy podstawowej, czy na uczelni wyższej) często pozostawia wiele do życzenia (o minusach studiowania i ściemie jaką jest B2 po licencjacie pisałam tutaj (punkt 10).), dlatego co roku tysiące osób decydują się na dokształcenie w zakresie znajomości języków obcych. 


wtorek, 12 sierpnia 2014

"Zostań wege na 30 dni", czyli przechodzę na weganizm.

O tym, że jestem wegetarianką/ semi-wegetarianką/ dupą a nie wegetarianką (jak kto woli) pisałam niedawno. Wspomniałam wówczas, że planuję przejść na weganizm, ale nie za bardzo wiem jak się do tego zabrać.

Znalazłam rozwiązanie. Z pomocą przyszła mi Fundacja Viva! Akcja dla zwierząt, która od lat intensywnie przyczynia się do walki o prawa zwierząt, zajmuje się promocją wegetarianizmu i weganizmu, a także szerzy postawę empatii w stosunku do naszych braci mniejszych (dobra, nie lubię tego określenia). 

Źródło

niedziela, 10 sierpnia 2014

Pół roku ze sportem - jakie były początki i co mi to dało?

Od pewnego czasu z każdej strony atakuje mnie sport. Blogi - sport, telewizja - sport, media społecznościowe - sport. Pół roku temu złamałam się i zmieniłam swoje nastawienie do ruchu. Nie ukrywam, nie było to łatwe.

Za sportem nigdy nie przepadałam. Na lekcjach WF starałam się zwalniać przy każdej możliwej okazji, wolnych dni nie spędzałam ćwicząc. Choć mieszkam w górach nigdy nie byłam na Giewoncie. Ze sportem nie było mi po drodze. Do czasu.



czwartek, 7 sierpnia 2014

Miało być o sporcie, czyli z cyklu plany minęły się z natchnieniem.

Planowałam wpis o tym, jak nieruszająca się zbytnio Atta nagle pół roku temu pomyślała zacznę ćwiczyć, a także o tym, jak mój ćwiczeniowy plan powoli zaczęłam wcielać w życie oraz jak to możliwe, że po pół roku wciąż się ruszam, choć przecież charakteryzuje mnie słomiany zapał do wszelkiej aktywności fizycznej. Dobra, sport będzie innym razem, teraz luźne przemyślenia, które ostatnio kłębią mi się w głowie i nie dają mi spokoju.

 Kadr z filmu The Runaways (2010)


Próbuję wcielić w życie moje plany do końca 2014 roku, zmusiłam się, przełamałam, kopnęłam w pośladki i zaczęłam czytać trzecią część Harry'ego Pottera, oczywiście po angielsku. Czytanie idzie powoli, ale brnę do przodu. Mój szef miał rację mówiąc, żebym czytanie w języku obcym zaczęła najlepiej od książki dla dzieci, którą dobrze znam. Harry'ego czytałam kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt razy. Uwielbiam, kocham i już się nie mogę doczekać piątku, by obejrzeć Księcia Półkrwi. Wracając jednak do czytania po angielsku: znajomość fabuły jest niesamowicie pomocna w czytaniu. Oczywiście nie rozstaję się z ołówkiem, którym podkreślam każde nieznane mi słówko, ale znaczenia niektórych z tych nieznanych haseł potrafię domyślić się z kontekstu, lub przypominam sobie o co chodziło w polskim wydaniu i dedukuję, co dane słowo może oznaczać. Staram się nie wertować słownika za każdym razem, gdy pojawi się nieznane słowo, sięgam do niego tylko wtedy, gdy pojawia się któryś raz, a ja wciąż nie wiem o co chodzi. Przeraża mnie tylko fakt, że podkreślone słówka będę musiała wgrać do Anki (jestem leniem, nie robię tego po każdym rozdziale, wciąż nie wgrałam wszystkich słówek z Kamienia Filozoficznego). 

A skoro pozostaję w tematyce językowej, to w przyszłym tygodniu postaram się utworzyć sensowny plan nauki języków. Wiem, że "dni na gramatykę" i "dni na słówka" się u mnie nie sprawdzą, bo ja bardzo nie lubię monotonii. Plan jest taki, by co tydzień realizować jeden rozdział z podręcznika Intermediate Language Practice autorstwa Michaela Vince'a. Biorąc pod uwagę moje lenistwo jeden rozdział na tydzień to nie jest aż tak dużo, a jeśli się sprężę, to mniej więcej w rok uwinę się z tym podręcznikiem. Wiem, że niektórzy potrafią go przerobić w miesiąc, ale ja naprawdę nie lubię angielskiego, więc rozdział na tydzień (plus powtórki w Anki) wydaje mi się w sam raz. Do tego czytanie zaległych numerów English Matters, książki po angielsku i jakoś dam radę. Chociaż mam za darmo, chyba w tym roku odpuszczę sobie indywidualne lekcje angielskiego. Jak już wcześniej wspominałam lubię się uczyć na schematach, a nie przez pół lekcji słuchać jednej anegdotki, w której raz zostanie użyte omawiane słowo (i tak nie pamiętam większości z tych anegdot, a często jest tak, że omawiane słownictwo wcześniej znałam).

Staram się także organizować swój czas. Wydrukowałam nawet niemal kultowy wśród internautów organizer z bloga Design Your Life. Czy okaże się pomocny zobaczę za jakiś czas. Póki co wydrukowałam planner na dwa miesiące, wtedy najłatwiej będzie mi ocenić czy po powrocie do pracy wciąż będę potrafiła żyć z organizerem. Może wtedy pokuszę się o notkę dotyczącą organizacji czasu? Póki co jestem na etapie testowania siebie, swojej silnej woli i mojego podejścia do życia w zorganizowanym świecie (żeby było jasne: z kalendarzami nie rozstaję się od liceum, ale to głównie po to, by zapisać ważne spotkania, wizyty u lekarzy, zadania, sprawdziany, kolokwia, egzaminy itp. Ilekroć robiłam plan na cały dzień, nigdy mi to nie wychodziło). Niby mam wakacje, a tak naprawdę od rana do wieczora jestem cały czas zajęta i nie mogę powiedzieć, żebym miała chwilę wytchnienia (wiem, mój A. urwie mi za to głowę, bo on ciężko pracuje, a ja mam czas na takie "kaprysy" jak blogowanie, ćwiczenia czy czytanie książki w języku obcym, więc jak ja mogę narzekać na brak czasu? Normalnie, wszystko to traktuję nie tylko jako wyjątkową formę przyjemności, ale także jako małe schody, po których trzeba się wspiąć w drodze do samorealizacji).

A teraz najważniejsze (jeśli A. nie urwał mi głowy za wyznanie, że pomimo wakacji nie mam chwili wytchnienia, to zapewne zrobi to teraz). Coraz częściej łapię się na tym, że myślę o przejściu na weganizm. Jedni powiedzą, że jestem wegetarianką, inni, że semi, bo jem ryby, a jeszcze inni powiedzą, że dupa ze mnie, a nie żadna wegetarianka (skoro jem wspomniane wcześniej ryby). Prawda jest taka, że poza rybami zawsze się pilnuję. Jeśli galaretki, to tylko pektynowe, zupy na bulionie warzywnym, ciastka bez smalcu (u babci Marii już w ogóle przestałam jeść cokolwiek). Ale jednak czuję, że źle robię. Jem ser, piję mleko, uwielbiam kaszę jaglaną z twarogiem i jogurtem naturalnym. A mały głosik w mojej głowie coraz częściej krzyczy na mnie Atta, co ty robisz?!. I zamiast cieszyć się jedzeniem, staram się jak najszybciej zjeść i zapomnieć, co właśnie zrobiłam. Ciężko będzie zrezygnować mi z ryb (nigdy nie potrafiłam się do nich przekonać, chyba dlatego, ze ich nie pogłaskasz), ale wiem, ze tak naprawdę mając rybę na talerzu jem mięso. I ilekroć jem, zawsze mam wyrzuty sumienia. Pora to zmienić. Pora raz na zawsze kopnąć się w cztery litery i podjąć decyzję. Nie ma czegoś takiego, jak wegetarianin jedzący ryby. Nie ma czegoś takiego, jak semi. Albo jem ryby i równie dobrze mogłabym jeść inne rodzaje mięsa, albo rezygnuję ze wszystkich produktów pochodzenia odzwierzęcego i przechodzę na weganizm. Wiem, że nie przejdzie to u mnie z dnia na dzień. Planuję stopniowo przeobrażać swoją dietę w wegańską. Niestety wiem, że jeśli przejdę na weganizm nic mnie nie uratuje i sama będę musiała sobie wszystko gotować. A gotować nie lubię. Trudno, coś za coś, ważniejsze są przekonania czy lenistwo? Muszę także poszerzyć wiedzę na ten temat, żeby mój organizm nie padł z wycieńczenia przez brak odpowiednich witamin. Wiem, że przede mną długa i wyboista droga, ale wierzę w to, że mi się uda. Muszę tylko obrać to jako cel, do którego mam dążyć z oślim uporem. Ośli upór zawsze pomaga, nie ma, że boli. 

Żeby było jasne: nigdy nikogo nie namawiałam do rzucenia mięsa. Jedna moja znajoma powiedziała mi kiedyś, że namówiła swojego chłopaka do przejścia na wegetarianizm, bo nie będzie całować kogoś, kto je mięso. Mój Luby jest wielkim mięsożercą. Jest szczęśliwy, gdy na jego talerzu leży schabowy, kiedy na śniadanie ma szynkę i gdy po ciężkim dniu pracy będzie mógł zjeść mięso. Dużo mięsa. Nigdy w życiu nie namawiałam go do tego, żeby przeszedł na wegetarianizm. On też wie, że nie uda mu się namówić mnie na zjedzenie schabowego. Mi nie przeszkadza jego wybór, On przez długi czas miał nadzieję, że uda mu się mnie naprowadzić na mięso. Jakiś czas temu wyznał, że już wie, że mu się nie uda i nawet nie próbuje (nigdy nie namawiał, raczej delikatnie sugerował, że może raz na tydzień, ale to było dawno temu i pewnie sam tego nie pamięta :D). A to, że kupiłam mu wegańskie galaretki, to nie dlatego, że po cichu chcę go "nawrócić", tylko dlatego, że wiem, jak bardzo uwielbia galaretki, a akurat udało mi się zdobyć kilogram (tak, cały kilogram tylko dla niego!) pektynowych, które naprawdę są pyszne (i nawet mięsożercy smakują, skoro rozprawił się z nimi w ciągu niecałych dwóch dni).

Time for change.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Rozważania na temat studiów, część III. Podsumowanie



Przed Wami ostatnia część cyklu dotyczącego moich rozważań dotyczących zdobywania wyższego wykształcenia. W pierwszej części skupiłam się nad plusami studiowania, w drugiej nad minusami, a teraz muszę to jakoś ogarnąć i w tej części postaram się podsumować moje przydługie wywody z poprzednich dwóch postów.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Rozważania na temat studiów, część II. Dlaczego nie warto studiować?

W piątek skupiłam się nad wybranymi zaletami studiowania. W dzisiejszym zamierzam się skupić na tych czynnikach, które przemawiają na jego niekorzyść. Oczywiście ponownie będę odwoływać się do mojego doświadczenia, a także do doświadczenia znajomych, więc istnieje prawdopodobieństwo, że Was nie przekonam. Nie zamierzam, Wasza decyzja.

Czy studia mają jakieś minusy? Tak. Rozpoczynając swoją przygodę z filologią byłam nią tak zafascynowana, że nawet kilka razy powiedziałam, że po magisterce zrobię doktorat. Półtora roku później, dokładnie na półmetku powiedziałam, że na magisterkę się nie wybieram (do tej pory pamiętam komentarze Tylko tak mówisz! Przecież jesteś świetna, oczywiście, że pójdziesz na magisterkę!).
Nie poszłam.



piątek, 1 sierpnia 2014

Rozważania na temat studiów, część I. Dlaczego warto studiować?

Mój brat (tegoroczny maturzysta) niedawno musiał odpowiedzieć sobie na podstawowe egzystencjalne pytanie: co zamierzam robić przez najbliższe lata? Studia? Praca? Studia i praca? Zdecydował się na studia. Ponieważ wbrew pozorom lubimy się z bratem, jego rozważania zmusiły mnie do refleksji nad tym, czy w ogóle studiowanie ma sens.

Mój kot Lemy dzielnie wspierający mnie podczas nauki na temat prasy emigracyjnej

środa, 30 lipca 2014

Plany do końca 2014 roku



Ostatnie dni lipca. Został mi niecały(?) miesiąc do powrotu do pracy. Końcem sierpnia/ początkiem września znów zacznie się codzienność w biurze: setki wykonywanych i odbieranych połączeń, wiadomości e-mail, papierkowa robota, rozmowy z klientami, zajmowanie się promocją, organizowanie czasu wszystkim pracownikom i dbanie o wszystko, bo przecież nikomu nie chce się dbać o własne interesy, skoro od tego mają mnie (i niech nikt nie mówi, że praca sekretarki ogranicza się tylko do robienia kawy). Póki to nie nastąpi - wypoczywam.

Doszłam do wniosku, że kilka tygodni wolnego, które już minęło, a także kolejnych kilka, które jest przede mną, mogę poświęcić na zaplanowanie tego, co chcę osiągnąć do końca bieżącego roku. Oczywiście mogłabym schować listę w kalendarzu i nie publikować jej na blogu, ale upublicznienie jej będzie dla mnie dodatkową motywacją (no bo jak to tak zaplanować coś, ale się z tego nie wywiązać?!). Myślałam, że będzie 5 punktów, ale trochę się zagalopowałam i tak oto wygląda moja lista planów na najbliższe pięć miesięcy:

niedziela, 27 lipca 2014

James Bowen - "Kot Bob i ja. Jak kocur i człowiek znaleźli szczęście na ulicy" - moje refleksje

Zastanawialiście się kiedyś ile trzeba, by nasze życie wywróciło się do góry nogami? Albo jak bardzo może je zmienić zwierzak, który pewnego dnia stanie nam na drodze? I co z tego wyniknie? James Bowen, w książce Kot Bob i ja. Jak kocur i człowiek znaleźli szczęście na ulicy przedstawia nam historię swojego życia, w które w pewnym momencie wkroczył rudy kot.



czwartek, 24 lipca 2014

Jonas Jonasson - "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął"

O Stulatku, który wyskoczył przez okno i zniknął przeczytałam kilka miesięcy temu na Szwecjoblogu. Niestety, jak to często bywa akurat nie miałam możliwości zamówienia książki, więc zapisałam ją na listę zakupów "na przyszłość". Jak zapewne wiecie, niedawno do kin trafiła ekranizacja powieści Jonasa Jonassona, więc uznałam, że jest to najlepszy moment, by przed filmem nadrobić zaległości w lekturze. 




wtorek, 22 lipca 2014

Zaczynam od nowa. Introdukcja

Follow my blog with Bloglovin
Witam.

Jestem Atta i w młodości byłam zapaloną blogerką. Pamiętam, że najwięcej pisałam w liceum: blog - pamiętnik, pamiętnik - blog. I tak w kółko. Pisałam często i zazwyczaj powiewało lekką melancholią (okres buntu, te sprawy). Z blogiem pożegnałam się tuż po maturze, postawiłam tylko na pamiętniki, z którymi rozstałam się kilka lat później (miałam wówczas wystarczająco dużo pisania związanego z wybranym przeze mnie kierunkiem studiów i nie mogłam się poświęcić diarystyce).

Mam 23 lata. Rocznikowo 24. Mentalnie zatrzymałam się gdzieś na etapie 19, może 20 (nie, raczej 18 - czuję się młodo). W przeciwieństwie do wielu moich rówieśnic nie mam męża ani dzieci. Rozwódką także nie jestem. Licencjat obroniłam rok temu, na magisterkę nie poszłam. Ten blog ma być odskocznią od pracy, którą nawet lubię (i która przeważnie nie jest wymagająca), ale nie jest tym, co chciałabym robić w życiu.

Chociaż jestem typem uciekającej od ludzi introwertyczki, to jednak zapraszam Cię do mojego świata, które przepełnione jest głównie rudościami. 

I kotami. 

... i innymi przyjemnościami :)