sobota, 6 września 2014

Nie wrócę do szkoły, nawet jeśli mi zaplacisz

Pierwszy tydzień szkoły za nami (a właściwie za wszystkimi uczniami).

Kiedy w poniedziałek rano wracałam od A. i zmierzałam prosto do pracy nie mogłam nie zauważyć tłumów uczniów, którzy po rozpoczęciu roku szkolnego pojawili się na ulicach mojego miasteczka. 

Po raz pierwszy od siedemnastu lat w moim domu nikt nie prasował z tej okazji strojów apelowych. Nie było biegania za rajstopami pończochowymi, dobierania krawata do garnituru i koszuli ani pastowania butów. Mogłam sobie pozwolić na nocowanie u A., a mój brat dopiero przed 13:00 poczłapał w stronę kuchni, by zrobić sobie kawę na śniadanie. Tak przynajmniej wnioskuję po jego obecności na Facebooku.

Niedawno oglądałam z mamą 17 again. Wiecie, ten film, w którym dorosły facet cofa się w czasie i znów jest w liceum. Mam nadzieję, że mnie to nigdy nie spotka. 


Podstawówka to okres bycia grzecznym dzieckiem, którego praktycznie nie pamiętam. Gimnazjum to bunt, Evanescence, Tokio Hotel, pierwsze nieodwzajemnione miłości, prześladujący mnie koledzy z klasy i początki aktów autoagresywnych. Liceum to dalszy bunt, wciąż zamuła w stylu Evanescence, prawie żeńska klasa rodem z Wrednych dziewczyn, pewien dupek, który niszczył mi życie i dalsze akty samodestrukcji. To mnie ostatnią wybierali na lekcjach wychowania fizycznego i to ja zawsze byłam kozłem ofiarnym, który nie miał odwagi postawić się klasie (bo przecież w szkole z tradycją, historią i z innymi równie nicnieznaczącymi aspektami ani nauczycieli, ani wychowawców nie obchodzi to, co się dzieje z ich uczniami).

Nie wrociłabym do szkoły, nawet jeśli by mi zapłacono. Nie ma mowy. Szkoła, ludzie z którymi przebywałam, brak odpowiedniego podejścia do ucznia jako jednostki sprawiają, że z całego serca nienawidzę szkoły. Wyniosłam z niej wiele bólu, przelałam setki łez, ślady po niektórych sznytach mam do tej pory.

O wiele lepiej wspominam studia, jeśli miałabym się cofać w czasie, to właśnie tam.

No dobra, ponarzekałam na szkołę. Tyle mi wolno.

Paradoksalnie będąc sekretarką w jednej z prywatnych szkół mogę powiedzieć, że wciąż chodzę "do szkoły", jednak wypłata, stałe godziny pracy, określony zakres obowiązków i brak odpytywania przy tablicy ze wzorów chemicznych sprawiają, że do takiej "szkoły" w postaci pracy chodzi się o wiele przyjemniej będąc pracownikiem a nie uczniem. I tylko śmiać mi się chce, gdy słucham o "wielkich" problemach uczniów, którzy przychodzą do nas na zajęcia. Aż mam ochotę krzyknąć "taki problem, to nie problem!".

Nie chcę się cofać w czasie i nie chcę wracać do szkoły. Sobotni wieczór (bardzo deszczowy) ma o wiele więcej uroku, kiedy po odprowadzeniu Lubego na przestanek całkowicie przemoczona (pisząc "całkowicie" mam na myśli także bieliznę i nowe buty, które robiły za basen) wracam do domu i mogę w spokoju napić się herbaty oglądając powtórkę jednego z ulubionych seriali, a nie martwić się czy na najbliższych zajęciach "ta nawiedzona od chemii" znów zacznie się na wszystkich wyżywać za to, że nie powodzi się jej w życiu prywatnym.

Zabawne jest to, jak bardzo człowiek przejmował się w szkole opinią kolegów i koleżanek z klasy, a także ocenami. Pamiętam, że będąc w liceum mama stawiała mi ultimatum "maksymalnie dwie dwóje na świadectwie albo nie jedziesz na obóz". Powiem tak: teraz mam gdzieś co myślą o mnie ludzie i nie złamie mnie to, gdy jakaś Paulina czy Aśka nagle zacznie mnie obgadywać za plecami (oj, jakie to były dramaty w szkole!). A jeśli chodzi o oceny... W tydzień da się zejść z siedmiu ocen dopuszczających na dwie, sama to sprawdziłam. Tylko po co? Nikogo tak naprawdę nie obchodzą moje oceny na świadectwie. Nawet matura już na nikim wrażenia nie robi, bo jest potrzebna tylko po to, by dostać się na studia.

Największym debilizmem jaki usłyszałam w szkole (a było ich całkiem sporo) to powtarzana na każdym apelu sentencja dyrektorki: pamiętajcie, jak spotkamy się za parę lat, to nikt was nie zapyta czy zdaliście maturę, tylko JAK WYSOKO ją zdaliście. Opuściłam mury liceum ponad pięć lat temu, a mimo tego za każdym razem gdy przypominam sobie to zdanie, na mojej twarzy pojawia się szyderczy uśmieszek, a w głowie cichy głosik mówi: gówno prawda

Róbcie to, co chcecie, przykładajcie się do tych przedmiotów, które są Wam potrzebne. Sprawdziany zawsze można poprawiać, a jeśli tylko nie ubiegacie się o stypendium naukowe, to dwója na świadectwie krzywdy Wam nie zrobi.

Najważniejsze, to nie zwariować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz