piątek, 12 września 2014

Wspomnienia o przeszłości, gdybanie o przyszłości, czyli nie narzucajcie innym własnej woli

Ponad pięć lat temu przestałam jeść mięso. Rok później przestałam chodzić do kościoła. Możecie spytać: co wspólnego mają te oba fakty? W moim przypadku bardzo wiele. Dzisiejszy tekst będzie o podstawie tolerancji, która według mnie jest niezbędna, by na najniższych szczeblach drabiny społecznej pozwalała budować zdrowe relacje międzyludzkie. Dziś o narzucaniu innym swojego sposobu patrzenia na pewne kwestie.

Źródło - gdzieś w internecie, nie pamiętam gdzie.


Moja przygoda z wegetarianizmem zaczęła się tuż po osiemnastce (znacie ten argument: skończysz osiemnaście lat, będziesz robić co chcesz!). Nie będę teraz opisywać jak to się zaczęło i co mnie popchnęło w stronę bezmięsnego życia, skupię się na tym, co było potem, gdy już raz na zawsze pożegnałam się z mięsem. A jak było? Ciężko. I nie chodzi tu o to, że z utęsknieniem patrzyłam na krokiety z mięsem, które najlepiej smakowały w piątki, kiedy obowiązywał post. Po prostu otoczenie nie potrafiło zaakceptować mojej decyzji. Całe życie mam wyniki na pograniczu anemii - tak było już w przedszkolu, w gimnazjum, liceum i tak jest teraz. Moje niejedzenie mięsa nie miało aż tak wielkiego wpływu na wyniki badań, jak próbowała mi to wmówić moja mama.  Przestałam jeść mięso, czyli na pewno będę chora i umrę (serio, taki argument padał z ust mojej mamy bardzo często). Każdy gorszy dzień, katar, biegunka, zasłabnięcie i zły humor - wszystko było skutkiem niejedzenia mięsa. Nie mogę spać? Bo rzuciłam mięso. Jestem zmęczona? Bo rzuciłam mięso i mam anemię. Jestem blada? Bo nie jem mięsa (bo przecież nie przez to, że nienawidzę się opalać i z natury mam bardzo jasną cerę!). Mogę tak wymieniać godzinami. Wiecie o co chodzi. Zaakceptowanie mojego wegetarianizmu zajęło mojemu bratu kilka dni, tacie kilka tygodni (postanowił się nie wtrącać), mama nawet po latach od czasu do czasu rzucała jakąś kąśliwą uwagą. Ale nareszcie po latach batalii nastał spokój. Wygrałam. Nie ukrywam, że pomogła mi w tym decyzja mojego taty, który po czterech latach mojego wegetarianizmu postanowił dołączyć do mnie (czy wegetarianin je rosół na mięsie, czy nie, zawsze było u nas kwestią dyskusyjną. Mnie by przez gardło nie przeszedł, Tata jadł go niemal na każdym weselu, na którym grał. A kiedy wspominałam, że wegetarianie nie jedzą zup robionych na mięsie, nazywał mnie ortodoksem). Przez ponad półtora roku w moim domu nie toczyła się żadna batalia o moje niejedzenie mięsa.

Oczywiście kwestia niejedzenia mięsa spotykała się z różnymi reakcjami otoczenia. Jedna babcia tego nie akceptowała (dlatego u niej piję tylko herbatę), druga specjalnie dla mnie (a potem także dla taty) robiła przepyszne wegetariańskie potrawy. Moja przyjaciółka Magda cieszyła się, bo mogłyśmy swobodnie zamawiać wegetariańską pizzę, a kumpela mojego Lubego spytała mnie całkowicie poważnie: czy ty jesteś normalna? (i choć od tego pytania minęły już chyba trzy albo cztery lata, nadal ma u mnie minusa, bo to nie jej interes, ja jej do talerza nie zaglądam i nie komentuję: jak śmiesz jeść zwierzęta hodowane specjalnie na rzeź? Morderco!).

Wszystko zmieniło się, kiedy przeszłam na weganizm. Trzeci dzień weganizmu, a mama już skomentowała to: czy ty w ogóle coś jesz? Znów ci widać kości. Nieważne, że mam taką budowę, że akurat w tym miejscu od dziecka wystawały mi kości (jak się nazywa to miejsce pod szyją, gdzie dwie poziome kości niektórym wystają a innym nie? O te kości mi chodzi). Chyba jako jedyna w domu staram się jeść pięć posiłków dziennie i w przeciwieństwie do mojego brata dzień zaczynam od pożywnego śniadania, a nie od pierwszego posiłku w postaci kawy o 13:00. Wczoraj źle się czułam (kobiece sprawy). Dlaczego źle się czuję? Tak, zgadliście! Bo przeszłam na weganizm! 

Szlag mnie trafia.

Tak samo było gdy po wielu miesiącach wewnętrznych rozterek postanowiłam przestać chodzić do kościoła. Pochodzę z religijnej rodziny, kilka razy zrobiłam dziewięć pierwszych piątków, bez paciorka nie mogłam zasnąć, uwielbiałam słuchać babcinych opowieści o religii i cudach. Na lekcjach religii jako jedyna dostawałam szóstki z odpowiedzi i po prostu byłam osobą wierzącą i praktykującą. Później zmieniło się to na osobę niewierzącą, ale praktykującą (żeby rodzice się nie zawiedli), aż pewnego dnia oświadczyłam, że mam dość i przestałam chodzić do kościoła. Kilka awantur takich, że cały blok nas słyszał poskutkowało tym, że po prostu przestaliśmy na ten temat rozmawiać. Z czasem rodzice zaakceptowali moją decyzję (choć babcia, która opowiadała mi o cudach dalej o tym nie wie i nie informujemy jej, żebyśmy wszyscy mieli święty spokój). 

Jestem z moim Lubym ponad cztery lata. Od czasu do czasu na imprezach rodzinnych ktoś pyta kiedy ślub, dzieci albo czy w ogóle mamy jakieś wyobrażenie na ten temat. A że zarówno ja, jak i mój wspaniały A. lubimy wredności i zazwyczaj nie mówimy tego, co wszyscy chcą usłyszeć, gdy padają pytania o ślub i dzieci atmosfera robi się lekko napięta. Moi rodzice wiedzą, że jeśli postanowimy z Lubym zalegalizować związek, to będzie to ślub cywilny. I nie mają (już) nic przeciwko. Jednak moja babcia, która wie wszystko lepiej, zawsze wtedy prycha: phi..... ja i tak wiem, że ślub kościelny wezmą, bo jak to tak bez kościoła. A tradycja? A wiara?. A jeśli jej powiesz, że w dupie masz tradycję i wiarę, to patrzy na Ciebie z pogardą bo phi... ona i tak jest lepiej poinformowana. To samo zaczyna się gdy pada hasło "chrzest". Niedawno w mojej rodzinie były chrzciny mojej najmłodszej kuzynki, tak więc tematyka chrzcin na różne sposoby często była poruszana przy rodzinnych spotkaniach (a że maj, czerwiec i lipiec to u nas miesiące pełne imieninowo-urodzinowo-innych uroczystości, to często mieliśmy okazje do spotkań). Ponieważ jakoś tak się składa, że mój związek z A. trwa najdłużej ze wszystkich innych "dzieciaków" z rodziny, to pytania o dzieci coraz częściej są kierowane w naszą stronę. Pikuś, gdy pytanie dotyczy tego czy wolimy chłopca czy dziewczynkę albo tego, jak się będzie dziecko nazywać (takie tam tylko gdybanie....). Gorzej jeśli przez przypadek zostanie poruszona kwestia: a myśleliście już kto będzie rodzicami chrzestnymi? (akurat tak się złożyło, że znalezienie chrzestnych dla mojej najmłodszej kuzynki okazało się wyzwaniem dla jej rodziców, dlatego babcia już postanowiła rozplanować jakich chrzestnych będą miały jej wszystkie prawnuki). Bo wiecie, "problem" z chrzestnymi jest następujący: zarówno ja, jak i A. nie chodzimy do kościoła, ja wierzę w przeznaczenie. los - jak zwał tak zwał. Luby ma swoje przekonania. Tak czy inaczej sprawa jest prosta: jeśli będziemy mieć dzieci (raczej w dalekiej przyszłości, bo instynktu macierzyńskiego nie mam i nie zapowiada się na szybką zmianę), to nie będą one ochrzczone. Dlaczego? Bo do jasnej cholery największym idiotyzmem jest  ochrzcić dziecko bo trzeba/ bo tradycja/ bo rodzina każe, więc zróbmy to dla świętego spokoju, choć sami nie wierzymy. Ej no chwila moment? Skoro nie wierzysz, to niby jak chcesz ochrzcić dziecko, skoro podczas chrztu pada pytanie "czy wierzycie w Boga Ojca..." i trzeba odpowiedzieć "wierzymy"?! Skłamiesz? W kościele? A wiesz, że akt wiary jest aktem performatywnym i jeśli kłamiesz, to tak naprawdę na papierku może i chrzest jest ważny, ale tak naprawdę to cały chrzest będzie nieważny? Nieważne? To Ty chrzcisz dziecko dla samego papierka czy dlatego, że chcesz by było ochrzczone?

Tak czy inaczej jeśli będę mieć dzieci, to nie będą ochrzczone. Będą miały prawo same wybrać czy  chcą wyznawać jakąś wiarę, a jeśli tak, to jaką (i słowo daję, jeśli moje dzieci w środy będą oddawać cześć Odynowi, a w czwartek Thorowi, to dopóki nie zaczną składać zwierząt w ofierze, dopóty mogą to robić i w ogóle nie będę się mieszać - a nawet wydaje mi się, że mój Wiking o niedźwiedziej naturze będzie bardzo szczęśliwy). Koniec. Kropka.

Jest tylko jeden problem: phi.... ja i tak wiem, że ochrzcicie, bo jak to tak dziecko bez chrztu wychowywać. A gdzie komunia? A bierzmowanie? A co jeśli będzie chciało wziąć ślub kościelny? A to, że nawet w mojej rodzinie jest mężczyzna, który nie był do bierzmowania i wszystko tak załatwił z księdzem, że gdy chciał wziąć ślub kościelny, to został wybierzmowany i udzielono mu ślubu kościelnego tego samego dnia. Więc jeśli ktoś chce iść w stronę kościoła, to znajdzie drogę, a jeśli nie, to do jasnej cholery zajmujcie się własnymi sprawami, a nie wtykajcie nochale w nieswoje sprawy. Dzieci to odległa przyszłość, a mimo tego sprawa przyszłego braku chrztu moich ewentualnych dzieci (czy ktoś wie czy imiona Thor i Astrid mogą być nadane w Polsce? :P) wzbudza jeszcze większe kontrowersje niż ślub cywilny. A ja i tak zrobię po swojemu i moja cała szanowna familia może się cmoknąć. W nos.



Każdy ma prawo do własnych przekonań, które należy tolerować (o ile są w granicach przyzwoitości) nawet wtedy, gdy nie zgadzamy się z nimi. Ja nie zgadzam się z tym, że dzieci należy chrzcić, bo tradycja i jeść mięso, bo mięso się je, ale nie oznacza to, że swoje przekonania wmuszam w tych "nienawróconych". Mają takie, a nie inne przekonania - ich sprawa. Szkoda, że w drugą stronę już tak dobrze to nie działa.

Przedwczoraj mój tata oznajmił, że pożegnał się z wegetarianizmem i że zaczął jeść mięso. I wyznał mi, że najbardziej bał się mojej reakcji. Bał się tego, że zaraz go skrytykuję, będę zła, zrobię awanturę albo nie wiadomo co jeszcze. A ja? Co miałam zrobić? Czułam w kościach, że niebawem się złamie, nie zamierzałam go na siłę trzymać przy wegetarianizmie (zwłaszcza, że rosół na mięsie stawiał wyżej niż "wege-ideologię", że nie je się mięsa). Zaakceptowałam decyzję mojego taty, nie zamierzam go siłą nawracać. Mogę siedzieć z nim przy jednym stole i jedząc swoje wegańskie jedzenie nie skręcać się z obrzydzenia, gdy tata je tatara aż mu się uszy trzęsą.

Moja znajoma dawno, dawno temu (w gimnazjum) powiedziała swojemu ówczesnemu chłopakowi, że nie może się całować z kimś, kto je mięso, więc albo przejdzie na wegetarianizm, albo z nimi koniec. Przeszedł. Byli razem osiem lat. I teraz, jak nie są razem nadal żadne z nich nie je mięsa. Nie zmienia to faktu, że został on przyparty do muru: mięso albo ja - wybieraj!!

Mój Luby jest typowym mięsożercą, który w poprzednim życiu był polującym na mamuty jaskiniowcem. I mięsożernym wikingiem. I teraz nadal je mięso i uwielbia mięso. Owszem, miło byłoby usłyszeć kochanie, Twoje wegańskie jedzenie to mistrzostwo świata, ale wiem, że jednak sorry Winnetou, Lubi lubi mięso. A ja nie jestem na tyle psychiczna, by kazać mu wybierać między mną a mięsem. Tak samo nie chciałabym, żeby On kazał mi wybierać: albo zaczynasz jeść mięso, albo z nami koniec



Szanujmy swoje decyzje, jeśli nikogo one nie krzywdzą, dobrze? :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz