Od pewnego czasu z każdej strony atakuje mnie sport. Blogi - sport, telewizja - sport, media społecznościowe - sport. Pół roku temu złamałam się i zmieniłam swoje nastawienie do ruchu. Nie ukrywam, nie było to łatwe.
Za sportem nigdy nie przepadałam. Na lekcjach WF starałam się zwalniać przy każdej możliwej okazji, wolnych dni nie spędzałam ćwicząc. Choć mieszkam w górach nigdy nie byłam na Giewoncie. Ze sportem nie było mi po drodze. Do czasu.
Pamiętam, jak tuż po powrocie do pracy po przerwie bożonarodzeniowo-sylwestrowej rozmawiałam z dziewczynami na temat postanowień noworocznych. Wszystkie mówiły, że planują ćwiczyć, a ja wówczas rzekłam ja nawet nie postanawiam, że będę ćwiczyć, bo i tak nic z tego nie będzie. Poćwiczę góra tydzień i dam sobie spokój. Wszystko zmieniło się na początku lutego, kiedy pomyślałam sobie za cztery miesiące miną cztery lata odkąd jestem z A. Może zrobię mu niespodziankę i popracuję nad moim ciałem? Oczywiście A. nigdy nie narzekał na to, jak wyglądam. Jeśli chciał mi dokuczyć, to mówił, że chciałby pójść ze mną w góry, ale póki co to nie możliwe biorąc pod uwagę mój brak kondycji. Tak więc moje postanowienie, by zmienić coś w swoim wyglądzie dla A. pochodziło tylko ode mnie i On mnie do tego w żaden sposób nie namawiał. Zaczęłam od bardzo popularnego wyzwania przysiadowego, po kilku dniach dokupiłam skakankę i dorzuciłam także wyzwanie skakankowe. Skakanka kosztowała mnie jakieś 30 złotych, więc nawet jeśli szybko bym się poddała, to nie był to zakup, który znacząco wpłynąłby na stan mojego portfela. Pierwsze 20 przysiadów i 50 skoków to była dla mnie męczarnia, myślałam, że nie dam rady. Uparłam się i po dwóch tygodniach robiłam już 250 przysiadów i 2000 skoków (wyzwania skończyłam wcześniej, niż to było planowane, tak więc byłam z siebie bardzo dumna). Potem do ćwiczeń dorzuciłam hula-hop i tak sobie ćwiczyłam do połowy maja coraz bardziej nudząc się moimi ćwiczeniami. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, jak bardzo monotonia może zniechęcić do ćwiczeń. Owszem, pośladki wyglądały już o wiele lepiej, nogi znacząco się wzmocniły (a mięśnie ud aż za bardzo zaczęły się eksponować), jednak wciąż miałam problem z moim nieidealnym brzuchem.
Nadeszła era Skalpela. Już za pierwszym razem zrobiłam cały zestaw ćwiczeń, choć nie ukrywam, pot lał się strumieniami. Nareszcie poczułam, że mam coś takiego, jak mięśnie brzucha. Myślałam, że przez miesiąc będę ćwiczyć Skalpel i on w zupełności mi wystarczy. Nic z tego. Po pięciu dniach zaczęłam czuć monotonię, dorzuciłam Skalpel II (ten z krzesłem) oraz Trening na płaski brzuch dołączony do najnowszej książki Ewy Chodakowskiej. To było to. Odpowiednio się męczyłam i czułam satysfakcję, bo półtorej godziny treningu potrafiło mnie zmęczyć. Pod koniec czerwca nadszedł czas na słynne Turbo Wyzwanie, które od pierwszego treningu robiłam w wersji zaawansowanej. Trening-morderca. Z Ewą Chodakowską mam jednak pewien problem: przez wszystkie treningi zawsze jest uśmiechnięta, makijaż jej nie spływa, nie dostaje zadyszki. Kiedy ja już ledwo oddycham, ona wciąż jest tak niesamowicie pogodna, spokojna i jak dla mnie trochę zbyt hmm.... senna. Kiedy ja po półtorej godziny treningu wyglądam jakby mnie mocno sponiewierano, ona wciąż wygląda na świeżą i pachnącą. Nie zauważyłabym tego, gdybym pewnego dnia nie pomyślała: w Turbo Wyzwaniu za mało ćwiczę pośladki, może dorzucę jakiś dodatkowy trening na tę partię ciała? Padło na bardzo zachwalaną przez moją koleżankę z pracy Mel B.
Nie wiem czy kiedykolwiek z nią ćwiczyliście. Mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła jej naturalność. Ćwicząc z nią widzę, że wiele z tych ćwiczeń także jest dla niej wyczerpujących, jej zabawne komentarze wywołują uśmiech na mojej twarzy. Aż chce się z nią ćwiczyć! Poza tym ma wiele krótszych zestawów na określone partie ciała, dlatego treningi mogę sobie komponować zgodnie z własnym upodobaniem. Zaczęłam dorzucać ćwiczenia na pozostałe partie ciała i powoli rezygnowałam z Ewy Chodakowskiej na rzecz Mel B (teraz wracam do Turbo Wyzwania sporadycznie, kiedy czuję że pasowałoby się szybko zmęczyć). Niedawno zaczęłam także swoją przygodę z filmikami dostępnymi na kanale XHIT Daily. Na przyszły tydzień zaplanowałam pięć treningów mniej więcej po 60-70 minut (nie licząc rozciągania po treningu), to będzie pierwszy tydzień, w którym głównymi treningami będą te z kału XHIT. Zobaczę czy mi się spodobają, jeśli tak, to pewnie na nich będę głównie opierać swoje treningi po powrocie do pracy. Kusi mnie jeszcze Zuzka Light, ale spokojnie, na wszystko przyjdzie pora.
Poza treningami w domu, które staram się wykonywać minimum 4 razy w tygodniu, ćwiczę także w inny sposób, który jest dla mnie najprzyjemniejszą formą ruchu. Mowa oczywiście o rolkach. W dzieciństwie uwielbiałam łyżwy i rolki, jednak szybko wyrosłam z mojego dziecinnego sprzętu, a potem jakoś nigdy tak się nie złożyło, żebym zaopatrzyła się w nowy. W zeszłym roku postanowiłam to zmienić, planowałam zakupić rolki za pieniądze, które otrzymywałam ze stypendium naukowego. Niestety nie potrafię oszczędzać i nigdy nie udało mi się uzbierać na któryś z lepszych modeli (marzyła mi się marka K2 lub Rollerblade). W tym roku postanowiłam, że skoro ćwiczę, to nie ma żadnej wymówki i muszę kupić rolki. Żeby jednak zbytnio nie zaszaleć, ustanowiłam 500 złotych jako górną granicę, której absolutnie nie mogę przekroczyć. Jakie miały być moje rolki? W miarę dobre (żebym nie musiała ich zmieniać po roku) i ładne (jestem kobietą, jeśli wydaję na coś majątek to poza tym, że ma mi służyć przez lata, ma także ładnie wyglądać!). Z pomocą przyszli mi panowie ze sklepu niecodzienni.pl (nie zapłacili mi za reklamę, po prostu jestem tak bardzo zadowolona z ich usług, że polecam ich każdemu!). Wymieniłam z nimi kilka wiadomości e-mail tłumacząc, że rolki mają mi służyć tylko i wyłącznie do jazdy rekreacyjnej, ale zależałoby mi na tym, żeby były dobre i bym nie musiała ich szybko zmieniać. Panowie zaproponowali mi trzy modele, które powinny spełniać moje oczekiwania, pomogli także z wyborem rozmiaru (to, że moje buty mają rozmiary 36/37 nie miało zbytnio wpływu na dobór rolek, po dokładnym zmierzeniu stóp zamówiłam rozmiar 39. Pamiętałam o 0,5cm zapasu). Tak więc rolki zamówiłam nie ruszając się z domu, a już po dwóch dniach cieszyłam się pięknymi Rollerblade Sirio Comp, które oczywiście natychmiast poszłam wypróbować. Uwierzcie, na żywo prezentują się jeszcze lepiej niż na zdjęciach ze strony producenta. Rolki to moja nowa miłość. Jeśli nie chce mi się ćwiczyć, a pogoda dopisuje i mam kilka godzin wolnego, to obowiązkowo idę pojeździć. Lubię jeździć ze znajomymi, ostatnio także doceniłam jazdę mając za jedynego towarzysza słuchawki z muzyką (tylko w bezpiecznych miejscach - park, ścieżka rowerowa, wyjeżdżając na ulicę nigdy nie słucham muzyki). I już wiem, że na zimę koniecznie muszę zaopatrzyć się w łyżwy, bo dla mnie to jest najlepszy zamiennik rolek.
Nie mogę powiedzieć, że pół roku sportu niewielkim kosztem zagwarantowało mi lepsze ciało. Po pierwsze wciąż jestem na etapie pracy nad tym, jak wyglądam (kocham słodycze i trudno mi z nich zrezygnować, dlatego efekt nie jest aż tak powalający, jakby był, gdybym przeszła na całkowicie zdrowe odżywianie), po drugie sport kosztuje. Z czasem zaczęłam inwestować w ćwiczenia. O ile multum programów treningowych można znaleźć za darmo w internecie, o tyle strój musiałam już sobie skompletować od zera. Nigdy nie miałam butów sportowych (żyję z dewizą całe życie w tramposzczałach) czy biustonosza sportowego, ale z czasem uznałam je za obowiązkowy element stroju do ćwiczeń (uwierzcie, w trampkach źle się skacze na skakance, na boso jeszcze gorzej. Przepocone koszulki też nie pomagają, lepiej zainwestować w specjalnie zaprojektowaną bieliznę). Oczywiście doszła do tego także mata do ćwiczeń. Przekonałam się, że po co mam wydawać ponad 200 złotych na buty Nike, skoro bardzo dobre obuwie sportowe produkuje także 4F (uwielbiam zaopatrywać się u nich w sportowe akcesoria, są tańsze niż Nike, Adidas czy Reebok, a mimo to czuję się w ich rzeczach bardzo komfortowo). Rolki to także wydatek, połowę tego, co zainwestowałam w sport przez ostatnie pół roku, wydałam właśnie na rolki. Poza oczywiście moimi ukochanymi Rollerblade zaopatrzyłam się także w dobry zestaw ochraniaczy i porządny kask. O ile prawie nie noszę ochraniaczy na łokcie, a na kolana tylko na dłuższe trasy, o tyle ochraniacze na nadgarstki są dla mnie obowiązkowe, ponieważ wciąż pracuję nad hamowaniem i póki co najlepiej opanowaną przeze mnie techniką hamowania jest hamowanie na słupie/ latarni/ znaku drogowym - w zależności co się napatoczy. W takich przypadkach ochraniacze na nadgarstki niejednokrotnie uratowały moje dłonie i nadgarstki przed otarciami i stłuczeniami. Niektórzy znajomi wyśmiali mnie za to, że jeżdżę po mieście w kasku (i to w jakże charakterystycznym, białym kolorze), jednak ci, którzy zajmują się sportem bardziej profesjonalnie jak najbardziej pochwalili moją decyzję o bezpiecznej jeździe. Nie zakładam go gdy moja trasa opiera się tylko na ścieżce rowerowej i parku, ale jeśli wiem, że czeka mnie jazda po mieście, wtedy zawsze go zakładam. Wolę by mi się głowa spociła niż bym wylądowała w szpitalu z rozwaloną czaszką.
Skakanka, hula hop, rolki, kask, ochraniacze, buty, biustonosze sportowe, mata, spodenki do ćwiczeń - sumując to wszystko w pół roku pozbyłam się jednej wypłaty przeznaczając wszystko na sport. Czy żałuję? Nie, w planach już mam kolejny sportowy zakup (łyżwy!).
Wiecie już co ćwiczę, wiecie w czym, wiecie także, że sama musiałam na to wszystko zarobić. Poznałam kilka(naście) nowych programów treningowych, zaczęłam się więcej ruszać i niemało wydałam na te przyjemności, ale czy coś jeszcze dał mi sport? Jak najbardziej TAK.
Poza poprawą wyglądu mojego ciała, któremu wciąż daleko do doskonałości, zauważyłam inne zalety uprawiania sportu. Przede wszystkim mój A. już nie może użyć przeciw mnie argumentu o moim braku kondycji. Teraz coraz częściej przyznaje, że to on ma słabą kondycję, a ćwiczenia zrobiły ze mnie potwora :). Ponadto ćwiczenia sprawiły, że mam w sobie więcej siły i energii. Zarażam optymizmem, zdarza się, że innych zarażam miłością do aktywności ruchowej (bywa także, że jak ktoś obiecuje mi, że będzie ćwiczyć i prosi bym go pilnowała, to później przestaje się do mnie odzywać, bo głupio mu się przede mną przyznać, że porzucił ćwiczenia). Wiem, że mogę pokonywać swoje bariery. To, co na początku uważałam za chwilowy kaprys (bo przecież ja nie ćwiczę!) stało się stałym elementem mojego życia. Nie ma, że boli, że się nie chce. Co najmniej cztery razy w tygodniu wyciskam z siebie siódme poty ćwicząc przez minimum godzinę (zazwyczaj jest to półtorej godziny), dodatkowo jeżdżę na rolkach.
Zawsze miałam problemy z panowaniem nad emocjami. Teraz, jeśli mam problem, lubię go przemyśleć ćwicząc. Ewentualną złość rozładowuję przez intensywny trening, łatwiej mi wtedy wszystko przemyśleć, bo umysł mi się oczyszcza, nawet mniej się wyżywam na moim otoczeniu, bo nadmiar adrenaliny opuszcza mnie gdy się porządnie zmęczę.
Odkąd ćwiczę nie ciągnie mnie aż tak bardzo bym zrobiła sobie nowego kolczyka. Piercing uzależnia, jeśli za długo nie zrobię sobie nowego przekłucia, to już mnie nosi. Myślę, że ten punkt można podciągnąć pod poprzedni, bo zazwyczaj przebijam uszy, gdy zbierze się we mnie za dużo adrenaliny. Odkąd ćwiczę, adrenalina aż tak się we mnie nie kumuluje, rozładowuję ją na bieżąco, więc nie czuję potrzeby by dodatkowo przebijać moje ciało (i dobrze, bo przecież jako sekretarka muszę jakoś wyglądać, a uszy już mam tak poprzebijane, że dodatkowe kolczyki będą wyglądać nieestetycznie).
Nie potrafię usiedzieć w miejscu. Dawniej lubiłam leniwy weekend w domu spędzić czytając książkę i oglądając seriale. Ten weekend jest taki, że nie miałam żadnych planów, nie widziałam się z A. i jedyne co miałam zamiar robić, to całe dwa dni spędzić w łóżku z piątym sezonem Gossip Girl lub z dobrą książką (tak, Harry Potter). Zamiast tego byłam na dwóch długich spacerach z psem, zgłaszałam się na ochotnika by pomóc w kuchni, kilka razy na dzień zmywałam naczynia (choć bardzo tego nie lubię i zawsze staram się od tego wykręcić), wieczorem poszłam na rolki, a dziś mając wolne popołudnie najpierw upiekłam wegańskie ciasteczka według tego przepisu, teraz piszę, a mój wzrok co chwilę wędruje na niebo i zastanawiam się czy ta ulewa już na dobre ustała i czy za godzinę będę mogła pójść pojeździć czy jednak deszcz zaraz wróci a ja będę musiała siedzieć w domu i szukać sobie jakiegoś zajęcia. Rozsadza mnie nadmiar energii i wiem, że jest to spowodowane tym, że ostatnio więcej się ruszam. Organizm się przyzwyczaił i nie może zaakceptować faktu, że w ten weekend postanowiłam zrobić sobie przerwę od domowego treningu.
Jedynym "minusem" tego, że zaczęłam uprawiać sport jest to, że znalazłam świetny sposób na odreagowanie codzienności. Zawsze gdy byłam zła sprzątałam pokój. Zajmowało mi to cały dzień, ale wszystko się błyszczało. Teraz nie odczuwam potrzeby częstego sprzątania i czasem muszę się do tego zmuszać, bo przecież nie wypada, by w moim pokoju zalegała gruba warstwa kurzu. Tak więc to jest jedyny minus uprawiania przeze mnie sportu :)
A czy Wy macie jakieś ulubione ćwiczenia?
Świeci słońce, idę jeździć. Pa! :)
Pamiętam, jak tuż po powrocie do pracy po przerwie bożonarodzeniowo-sylwestrowej rozmawiałam z dziewczynami na temat postanowień noworocznych. Wszystkie mówiły, że planują ćwiczyć, a ja wówczas rzekłam ja nawet nie postanawiam, że będę ćwiczyć, bo i tak nic z tego nie będzie. Poćwiczę góra tydzień i dam sobie spokój. Wszystko zmieniło się na początku lutego, kiedy pomyślałam sobie za cztery miesiące miną cztery lata odkąd jestem z A. Może zrobię mu niespodziankę i popracuję nad moim ciałem? Oczywiście A. nigdy nie narzekał na to, jak wyglądam. Jeśli chciał mi dokuczyć, to mówił, że chciałby pójść ze mną w góry, ale póki co to nie możliwe biorąc pod uwagę mój brak kondycji. Tak więc moje postanowienie, by zmienić coś w swoim wyglądzie dla A. pochodziło tylko ode mnie i On mnie do tego w żaden sposób nie namawiał. Zaczęłam od bardzo popularnego wyzwania przysiadowego, po kilku dniach dokupiłam skakankę i dorzuciłam także wyzwanie skakankowe. Skakanka kosztowała mnie jakieś 30 złotych, więc nawet jeśli szybko bym się poddała, to nie był to zakup, który znacząco wpłynąłby na stan mojego portfela. Pierwsze 20 przysiadów i 50 skoków to była dla mnie męczarnia, myślałam, że nie dam rady. Uparłam się i po dwóch tygodniach robiłam już 250 przysiadów i 2000 skoków (wyzwania skończyłam wcześniej, niż to było planowane, tak więc byłam z siebie bardzo dumna). Potem do ćwiczeń dorzuciłam hula-hop i tak sobie ćwiczyłam do połowy maja coraz bardziej nudząc się moimi ćwiczeniami. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, jak bardzo monotonia może zniechęcić do ćwiczeń. Owszem, pośladki wyglądały już o wiele lepiej, nogi znacząco się wzmocniły (a mięśnie ud aż za bardzo zaczęły się eksponować), jednak wciąż miałam problem z moim nieidealnym brzuchem.
Nadeszła era Skalpela. Już za pierwszym razem zrobiłam cały zestaw ćwiczeń, choć nie ukrywam, pot lał się strumieniami. Nareszcie poczułam, że mam coś takiego, jak mięśnie brzucha. Myślałam, że przez miesiąc będę ćwiczyć Skalpel i on w zupełności mi wystarczy. Nic z tego. Po pięciu dniach zaczęłam czuć monotonię, dorzuciłam Skalpel II (ten z krzesłem) oraz Trening na płaski brzuch dołączony do najnowszej książki Ewy Chodakowskiej. To było to. Odpowiednio się męczyłam i czułam satysfakcję, bo półtorej godziny treningu potrafiło mnie zmęczyć. Pod koniec czerwca nadszedł czas na słynne Turbo Wyzwanie, które od pierwszego treningu robiłam w wersji zaawansowanej. Trening-morderca. Z Ewą Chodakowską mam jednak pewien problem: przez wszystkie treningi zawsze jest uśmiechnięta, makijaż jej nie spływa, nie dostaje zadyszki. Kiedy ja już ledwo oddycham, ona wciąż jest tak niesamowicie pogodna, spokojna i jak dla mnie trochę zbyt hmm.... senna. Kiedy ja po półtorej godziny treningu wyglądam jakby mnie mocno sponiewierano, ona wciąż wygląda na świeżą i pachnącą. Nie zauważyłabym tego, gdybym pewnego dnia nie pomyślała: w Turbo Wyzwaniu za mało ćwiczę pośladki, może dorzucę jakiś dodatkowy trening na tę partię ciała? Padło na bardzo zachwalaną przez moją koleżankę z pracy Mel B.
Nie wiem czy kiedykolwiek z nią ćwiczyliście. Mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła jej naturalność. Ćwicząc z nią widzę, że wiele z tych ćwiczeń także jest dla niej wyczerpujących, jej zabawne komentarze wywołują uśmiech na mojej twarzy. Aż chce się z nią ćwiczyć! Poza tym ma wiele krótszych zestawów na określone partie ciała, dlatego treningi mogę sobie komponować zgodnie z własnym upodobaniem. Zaczęłam dorzucać ćwiczenia na pozostałe partie ciała i powoli rezygnowałam z Ewy Chodakowskiej na rzecz Mel B (teraz wracam do Turbo Wyzwania sporadycznie, kiedy czuję że pasowałoby się szybko zmęczyć). Niedawno zaczęłam także swoją przygodę z filmikami dostępnymi na kanale XHIT Daily. Na przyszły tydzień zaplanowałam pięć treningów mniej więcej po 60-70 minut (nie licząc rozciągania po treningu), to będzie pierwszy tydzień, w którym głównymi treningami będą te z kału XHIT. Zobaczę czy mi się spodobają, jeśli tak, to pewnie na nich będę głównie opierać swoje treningi po powrocie do pracy. Kusi mnie jeszcze Zuzka Light, ale spokojnie, na wszystko przyjdzie pora.
Poza treningami w domu, które staram się wykonywać minimum 4 razy w tygodniu, ćwiczę także w inny sposób, który jest dla mnie najprzyjemniejszą formą ruchu. Mowa oczywiście o rolkach. W dzieciństwie uwielbiałam łyżwy i rolki, jednak szybko wyrosłam z mojego dziecinnego sprzętu, a potem jakoś nigdy tak się nie złożyło, żebym zaopatrzyła się w nowy. W zeszłym roku postanowiłam to zmienić, planowałam zakupić rolki za pieniądze, które otrzymywałam ze stypendium naukowego. Niestety nie potrafię oszczędzać i nigdy nie udało mi się uzbierać na któryś z lepszych modeli (marzyła mi się marka K2 lub Rollerblade). W tym roku postanowiłam, że skoro ćwiczę, to nie ma żadnej wymówki i muszę kupić rolki. Żeby jednak zbytnio nie zaszaleć, ustanowiłam 500 złotych jako górną granicę, której absolutnie nie mogę przekroczyć. Jakie miały być moje rolki? W miarę dobre (żebym nie musiała ich zmieniać po roku) i ładne (jestem kobietą, jeśli wydaję na coś majątek to poza tym, że ma mi służyć przez lata, ma także ładnie wyglądać!). Z pomocą przyszli mi panowie ze sklepu niecodzienni.pl (nie zapłacili mi za reklamę, po prostu jestem tak bardzo zadowolona z ich usług, że polecam ich każdemu!). Wymieniłam z nimi kilka wiadomości e-mail tłumacząc, że rolki mają mi służyć tylko i wyłącznie do jazdy rekreacyjnej, ale zależałoby mi na tym, żeby były dobre i bym nie musiała ich szybko zmieniać. Panowie zaproponowali mi trzy modele, które powinny spełniać moje oczekiwania, pomogli także z wyborem rozmiaru (to, że moje buty mają rozmiary 36/37 nie miało zbytnio wpływu na dobór rolek, po dokładnym zmierzeniu stóp zamówiłam rozmiar 39. Pamiętałam o 0,5cm zapasu). Tak więc rolki zamówiłam nie ruszając się z domu, a już po dwóch dniach cieszyłam się pięknymi Rollerblade Sirio Comp, które oczywiście natychmiast poszłam wypróbować. Uwierzcie, na żywo prezentują się jeszcze lepiej niż na zdjęciach ze strony producenta. Rolki to moja nowa miłość. Jeśli nie chce mi się ćwiczyć, a pogoda dopisuje i mam kilka godzin wolnego, to obowiązkowo idę pojeździć. Lubię jeździć ze znajomymi, ostatnio także doceniłam jazdę mając za jedynego towarzysza słuchawki z muzyką (tylko w bezpiecznych miejscach - park, ścieżka rowerowa, wyjeżdżając na ulicę nigdy nie słucham muzyki). I już wiem, że na zimę koniecznie muszę zaopatrzyć się w łyżwy, bo dla mnie to jest najlepszy zamiennik rolek.
Nie mogę powiedzieć, że pół roku sportu niewielkim kosztem zagwarantowało mi lepsze ciało. Po pierwsze wciąż jestem na etapie pracy nad tym, jak wyglądam (kocham słodycze i trudno mi z nich zrezygnować, dlatego efekt nie jest aż tak powalający, jakby był, gdybym przeszła na całkowicie zdrowe odżywianie), po drugie sport kosztuje. Z czasem zaczęłam inwestować w ćwiczenia. O ile multum programów treningowych można znaleźć za darmo w internecie, o tyle strój musiałam już sobie skompletować od zera. Nigdy nie miałam butów sportowych (żyję z dewizą całe życie w tramposzczałach) czy biustonosza sportowego, ale z czasem uznałam je za obowiązkowy element stroju do ćwiczeń (uwierzcie, w trampkach źle się skacze na skakance, na boso jeszcze gorzej. Przepocone koszulki też nie pomagają, lepiej zainwestować w specjalnie zaprojektowaną bieliznę). Oczywiście doszła do tego także mata do ćwiczeń. Przekonałam się, że po co mam wydawać ponad 200 złotych na buty Nike, skoro bardzo dobre obuwie sportowe produkuje także 4F (uwielbiam zaopatrywać się u nich w sportowe akcesoria, są tańsze niż Nike, Adidas czy Reebok, a mimo to czuję się w ich rzeczach bardzo komfortowo). Rolki to także wydatek, połowę tego, co zainwestowałam w sport przez ostatnie pół roku, wydałam właśnie na rolki. Poza oczywiście moimi ukochanymi Rollerblade zaopatrzyłam się także w dobry zestaw ochraniaczy i porządny kask. O ile prawie nie noszę ochraniaczy na łokcie, a na kolana tylko na dłuższe trasy, o tyle ochraniacze na nadgarstki są dla mnie obowiązkowe, ponieważ wciąż pracuję nad hamowaniem i póki co najlepiej opanowaną przeze mnie techniką hamowania jest hamowanie na słupie/ latarni/ znaku drogowym - w zależności co się napatoczy. W takich przypadkach ochraniacze na nadgarstki niejednokrotnie uratowały moje dłonie i nadgarstki przed otarciami i stłuczeniami. Niektórzy znajomi wyśmiali mnie za to, że jeżdżę po mieście w kasku (i to w jakże charakterystycznym, białym kolorze), jednak ci, którzy zajmują się sportem bardziej profesjonalnie jak najbardziej pochwalili moją decyzję o bezpiecznej jeździe. Nie zakładam go gdy moja trasa opiera się tylko na ścieżce rowerowej i parku, ale jeśli wiem, że czeka mnie jazda po mieście, wtedy zawsze go zakładam. Wolę by mi się głowa spociła niż bym wylądowała w szpitalu z rozwaloną czaszką.
Skakanka, hula hop, rolki, kask, ochraniacze, buty, biustonosze sportowe, mata, spodenki do ćwiczeń - sumując to wszystko w pół roku pozbyłam się jednej wypłaty przeznaczając wszystko na sport. Czy żałuję? Nie, w planach już mam kolejny sportowy zakup (łyżwy!).
Wiecie już co ćwiczę, wiecie w czym, wiecie także, że sama musiałam na to wszystko zarobić. Poznałam kilka(naście) nowych programów treningowych, zaczęłam się więcej ruszać i niemało wydałam na te przyjemności, ale czy coś jeszcze dał mi sport? Jak najbardziej TAK.
Poza poprawą wyglądu mojego ciała, któremu wciąż daleko do doskonałości, zauważyłam inne zalety uprawiania sportu. Przede wszystkim mój A. już nie może użyć przeciw mnie argumentu o moim braku kondycji. Teraz coraz częściej przyznaje, że to on ma słabą kondycję, a ćwiczenia zrobiły ze mnie potwora :). Ponadto ćwiczenia sprawiły, że mam w sobie więcej siły i energii. Zarażam optymizmem, zdarza się, że innych zarażam miłością do aktywności ruchowej (bywa także, że jak ktoś obiecuje mi, że będzie ćwiczyć i prosi bym go pilnowała, to później przestaje się do mnie odzywać, bo głupio mu się przede mną przyznać, że porzucił ćwiczenia). Wiem, że mogę pokonywać swoje bariery. To, co na początku uważałam za chwilowy kaprys (bo przecież ja nie ćwiczę!) stało się stałym elementem mojego życia. Nie ma, że boli, że się nie chce. Co najmniej cztery razy w tygodniu wyciskam z siebie siódme poty ćwicząc przez minimum godzinę (zazwyczaj jest to półtorej godziny), dodatkowo jeżdżę na rolkach.
Zawsze miałam problemy z panowaniem nad emocjami. Teraz, jeśli mam problem, lubię go przemyśleć ćwicząc. Ewentualną złość rozładowuję przez intensywny trening, łatwiej mi wtedy wszystko przemyśleć, bo umysł mi się oczyszcza, nawet mniej się wyżywam na moim otoczeniu, bo nadmiar adrenaliny opuszcza mnie gdy się porządnie zmęczę.
Odkąd ćwiczę nie ciągnie mnie aż tak bardzo bym zrobiła sobie nowego kolczyka. Piercing uzależnia, jeśli za długo nie zrobię sobie nowego przekłucia, to już mnie nosi. Myślę, że ten punkt można podciągnąć pod poprzedni, bo zazwyczaj przebijam uszy, gdy zbierze się we mnie za dużo adrenaliny. Odkąd ćwiczę, adrenalina aż tak się we mnie nie kumuluje, rozładowuję ją na bieżąco, więc nie czuję potrzeby by dodatkowo przebijać moje ciało (i dobrze, bo przecież jako sekretarka muszę jakoś wyglądać, a uszy już mam tak poprzebijane, że dodatkowe kolczyki będą wyglądać nieestetycznie).
Nie potrafię usiedzieć w miejscu. Dawniej lubiłam leniwy weekend w domu spędzić czytając książkę i oglądając seriale. Ten weekend jest taki, że nie miałam żadnych planów, nie widziałam się z A. i jedyne co miałam zamiar robić, to całe dwa dni spędzić w łóżku z piątym sezonem Gossip Girl lub z dobrą książką (tak, Harry Potter). Zamiast tego byłam na dwóch długich spacerach z psem, zgłaszałam się na ochotnika by pomóc w kuchni, kilka razy na dzień zmywałam naczynia (choć bardzo tego nie lubię i zawsze staram się od tego wykręcić), wieczorem poszłam na rolki, a dziś mając wolne popołudnie najpierw upiekłam wegańskie ciasteczka według tego przepisu, teraz piszę, a mój wzrok co chwilę wędruje na niebo i zastanawiam się czy ta ulewa już na dobre ustała i czy za godzinę będę mogła pójść pojeździć czy jednak deszcz zaraz wróci a ja będę musiała siedzieć w domu i szukać sobie jakiegoś zajęcia. Rozsadza mnie nadmiar energii i wiem, że jest to spowodowane tym, że ostatnio więcej się ruszam. Organizm się przyzwyczaił i nie może zaakceptować faktu, że w ten weekend postanowiłam zrobić sobie przerwę od domowego treningu.
Jedynym "minusem" tego, że zaczęłam uprawiać sport jest to, że znalazłam świetny sposób na odreagowanie codzienności. Zawsze gdy byłam zła sprzątałam pokój. Zajmowało mi to cały dzień, ale wszystko się błyszczało. Teraz nie odczuwam potrzeby częstego sprzątania i czasem muszę się do tego zmuszać, bo przecież nie wypada, by w moim pokoju zalegała gruba warstwa kurzu. Tak więc to jest jedyny minus uprawiania przeze mnie sportu :)
| Wegańskie ciasteczka owsiane zrobione wg przepisu ze strony vegazone |
Świeci słońce, idę jeździć. Pa! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz