Mój brat (tegoroczny maturzysta) niedawno musiał odpowiedzieć sobie na podstawowe egzystencjalne pytanie: co zamierzam robić przez najbliższe lata? Studia? Praca? Studia i praca? Zdecydował się na studia. Ponieważ wbrew pozorom lubimy się z bratem, jego rozważania zmusiły mnie do refleksji nad tym, czy w ogóle studiowanie ma sens.
Ten post zamierzam podzielić na trzy (bardzo subiektywne) części, które opieram tylko i wyłącznie na własnym doświadczeniu (ewentualnie kolegów i koleżanek, z którymi przez trzy lata dzielnie walczyliśmy, by dotrwać do końca):
Część 1. Dlaczego warto studiować?
Część 2. Dlaczego nie warto studiować?
Część 3. Podsumowanie - czy opłaca się studiować?
Zacznijmy od początku. Tuż po maturze złożyłam papiery na Uniwersytet Pedagogiczny. Przez semestr studiowałam pedagogikę przedszkolną i wczesnoszkolną. To, że już jej nie studiuję, to najlepsze, co mnie w życiu spotkało. Później było pół roku stażu i w październiku 2010 roku pełna zapału i optymizmu zaczęłam studia na kierunku filologia polska. Polski lubiłam, pisać lubiłam, czytać kocham - kierunek idealny! Ale czy na pewno?
![]() |
| Mój kot Lemy dzielnie wspierający mnie podczas nauki na temat prasy emigracyjnej |
Ten post zamierzam podzielić na trzy (bardzo subiektywne) części, które opieram tylko i wyłącznie na własnym doświadczeniu (ewentualnie kolegów i koleżanek, z którymi przez trzy lata dzielnie walczyliśmy, by dotrwać do końca):
Część 1. Dlaczego warto studiować?
Część 2. Dlaczego nie warto studiować?
Część 3. Podsumowanie - czy opłaca się studiować?
Zacznijmy od początku. Tuż po maturze złożyłam papiery na Uniwersytet Pedagogiczny. Przez semestr studiowałam pedagogikę przedszkolną i wczesnoszkolną. To, że już jej nie studiuję, to najlepsze, co mnie w życiu spotkało. Później było pół roku stażu i w październiku 2010 roku pełna zapału i optymizmu zaczęłam studia na kierunku filologia polska. Polski lubiłam, pisać lubiłam, czytać kocham - kierunek idealny! Ale czy na pewno?
Jeśli myślicie, że filologia polska to głównie czytanie książek to tak, nie mylicie się. Wiadomo, każdy ma epoki, w których czuje się pewniej (Antyk, Romantyzm, Pozytywizm), jak i takie, których pomimo szczerych chęci nie polubi (Młoda Polska!). Dla mnie prawdziwy hardcore to literatura współczesna. Poważnie. Niby język całkowicie zrozumiały, ale za to tematyka.... Wystarczy, że zestawimy ze sobą choćby Szymborską i bruLion, Cesarza i Lubiewo bez cenzury, żeby zobaczyć, że koło "klasycznych" tekstów, do których przyzwyczaiła nas edukacja od podstawówki do matury, pojawia się także jazda bez trzymanki. Po trzech latach studiów mogę powiedzieć, co mi się podobało, a co uważam za stratę czasu.
No dobra, przejdźmy do meritum.
PLUSY STUDIOWANIA NA FILOLOGII POLSKIEJ:
(kolejność przypadkowa)
(kolejność przypadkowa)
1. Wykładowcy - niewielu takich miałam, zdecydowanie najbardziej zapamiętałam tego, który miażdżył wiedzą i w przeciwieństwie do swoich kolegów i koleżanek po fachu pozwalał nam mieć własne przekonania, nawet jeśli całkowicie kłóciły się one z tym, co sam przed chwilą powiedział. Wiecie, to ten typ, który zadaje takie tematy prac zaliczeniowych, że nawet nie opłaca się naciskać power w komputerze, bo i tak nie znajdziecie w internecie gotowych rozwiązań. I za to należy mu się szacunek. Na konwersatorium literaturoznawczym pozwolił pisać pracę o dziewiętnastowiecznej modzie jako czynniku kulturotwórczym, a na literaturze współczesnej puszczał nagrania zespołu Świetlickiego. Chociaż był wymagający, to wszyscy go szanowali.
2. Samodzielne myślenie, a nie "pod klucz" - przyczynił się do tego już wcześniej wymieniony wykładowca. Kiedy pytał nas o interpretację wiersza, nigdy nie mówił "no sorry, ale to co mówisz to bzdury". Zazwyczaj powtarzał wówczas "ciekawa interpretacja, w taki sposób jeszcze na to nie patrzyłem" (co oczywiście było zachętą do tego, żeby w sali wyrósł nagle las rąk, bo przecież jak za złą interpretację nie biją, to może warto podzielić się swoimi spostrzeżeniami?). Chyba tylko raz powiedział studentce "nie, jest właśnie całkowicie odwrotnie", ale nie dziwię mu się, skoro powiedziała ona, że w utworze Barańczaka Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził kobieta płacze przez błahostkę, która tak właściwie nie ma znaczenia.
3. Poznajesz podstawy łaciny - język mnie nie zachwycił, ale sposób, w jaki była ona wykładana, to zupełnie inna kwestia. Młoda pani magister uczyła nas łaciny tłumacząc, że jest ona schematyczna, wszystko można poukładać do szufladek, a jak załapiemy wzory, to potem już wszystko pójdzie jak z płatka (o ile będziemy pamiętać o wyjątkach). I rzeczywiście, gramatyka łacińska nie jest trudna. A "szufladkowatość" tego języka sprawiła, że inaczej spojrzałam na niemiecki, który dawniej był moją zmorą. Ogólnie wszystkie języki, które można zaszufladkować, przez swoją logiczność stały się dla mnie prostsze. Nie miałam wielkich problemów ze staro-cerkiewno-słowiańskim ani z gramatyką historyczną, bo bardzo pomagały mi schematy: TO+TO-inne=TAKI WYNIK/ WNIOSEK/ LITERA. Zrozumienie schematów stanowiło jakieś 70% sukcesu na tych przedmiotach. Wiem, że niektórych uczą tego już w szkołach podstawowych, ja pierwszy raz spotkałam się z logicznym podejściem do nauki języków dopiero na studiach.
4. Ciekawe "smaczki", które poznajesz dzięki edukacji - pierwsze co mi się nasuwa w tej kwestii, to oczywiście bruLion, o którym w liceum nikt nie wspominał, a który mnie zachwycił. Nie mam na myśli wszystkich twórców, ale Jacek Podsiadło bardzo mi się spodobał (jego twórczość!). Notabene - podczas omawiania wiersza Sid Vicious pisze a potem drze na strzępy list do Nancy Spungen okazało się, że tylko dwie osoby na sali wiedziały, kim był tytułowy Sid. Nie wspominając o tym, że gdy rozmawialiśmy o pedofilu Romanie Polańskim, tylko garstka osób orientowała się kim był Charles Manson. Uczymy się całe życie.
Kolejnym interesującym zagadnieniem była dla mnie historia prasy. Moim ulubionym (a zarazem obszernym) działem była prasa kobieca (tak, przed Cosmopolitanem coś było!).
Feminizm/ gender/ queer - pojęcia, które ostatnio tak często pojawiają się w mediach (zwłaszcza ten "szatański gender"). Dzięki studiom wiem, jak bardzo media zakłamują rzeczywistość (i nie piszę tego z punktu widzenia osoby po specjalizacji dziennikarskiej, a byłej studentki, która uczyła się o teorii "gender" i która ma jakieś pojęcie na ten temat). Sprawa jest prosta: gender - płeć społeczno-kulturowa. Utarło się, że "mężczyzna do pracy, kobieta do garów". Na egzaminie z teorii literatury dostałam pytanie o gender i jaki jest mój stosunek do zagadnienia płci społeczno-kulturowej w oparciu o stwierdzenie: Nie jesteśmy kobietami, stajemy się nimi. Odpowiedziałam tak:
Wczoraj rozmawiałam na ten temat z tatą. On uważa, że kobiety nie są stworzone do wojska i nie powinny być żołnierzami, bo to je przerasta. Ja uważam, że myśli tak, ponieważ taki ma narzucony obraz społeczno-kulturowy. A weźmy na przykład Spartę: tam nie było ważne czy kobieta, czy mężczyzna. Jeśli tylko byli zdrowi, ze wszystkich robili takie same maszynki do zabijania.
Wczoraj rozmawiałam na ten temat z tatą. On uważa, że kobiety nie są stworzone do wojska i nie powinny być żołnierzami, bo to je przerasta. Ja uważam, że myśli tak, ponieważ taki ma narzucony obraz społeczno-kulturowy. A weźmy na przykład Spartę: tam nie było ważne czy kobieta, czy mężczyzna. Jeśli tylko byli zdrowi, ze wszystkich robili takie same maszynki do zabijania.
5. Złote myśli wykładowców - jeśli uważacie, że wykładowcy są sztywni i poza wykładaniem tematów nic ich nie interesuje, to... nie do końca. Chociaż nie lubiłam literatury staropolskiej, to czasem miałam ochotę powiedzieć do pani profesor You've made my day. Przykład: omawialiśmy jeden z utworów, w którym chodziło o to, że Bóg jest lalkarzem, a marionetkami są ludzie (bardzo powszechny motyw, więc nie pamiętam o który tytuł dokładnie wtedy chodziło) i w pewnym momencie pani profesor powiedziała No, tak bardziej na wasze przekłądając... Bóg to taki "Master of puppets". Potrafiła trafić do młodych ;)
6. Ludzie, z którymi studiujesz - bez nich całe studiowanie nie ma sensu. Wiadomo, że nie da się lubić wszystkich i jeszcze mniej osób będzie lubić wredną Attę, ale mimo tego udało mi się poznać kilkoro masochistów, z którymi trzymałam się później do końca studiów (pozdrawiam dziennikarzy). Okienka między wykładami to dobry moment, by się rozerwać, porozmawiać i podzielić posiłkiem. Pod koniec każdego semestru ratowałam ludzi moimi notatkami, oni ratowali mnie pożyczając pieniądze, gdy zapomniałam portfela, a potrzebowałam drobnych na Pepsi z automatu (4,5 godziny z profesor od ćwiczeń z Romantyzmu skutkowało tym, że na każdej przerwie trzeba było uzupełnić poziom cukru i kofeiny. W przeciwnym razie oczy zamykały się po pięciu minutach wykładu). Chociaż jestem typem alienującego się człowieka, który rok po studiach zerwał już niemal wszystkie kontakty, to miło wspominam "swoich" ludzi.
7. Praktyki (w moim przypadku dziennikarskie) - jeśli myślisz o przyszłości i pracy zgodnej z Twoim wykształceniem, praktyki to doskonały moment na zweryfikowanie planów. Może się okazać, że jako dziennikarz czujesz się jak ryba w wodzie i nawet bieganie na urzędowe posiedzenia sprawia Ci frajdę. Może się także okazać, że masz w sobie za dużo buntu i nie chcesz pisać o czymś, co Cię nie interesuje, nie zgadzasz się z założeniami pisma i jedynym dobrym dla Ciebie rozwiązaniem jest bycie freelancerem. A może po prostu boisz się ludzi, więc zamiast cieszyć się możliwością przeprowadzenia wywiadu, bierzesz tabletki uspokajające, bo strach przed rozmówcami Cię paraliżuje. Tak czy inaczej praktyka zawodowa pomoże Ci się określić. Z ośmiu dziennikarzy z mojego rocznika tylko jeden ma staż w portalu dziennikarskim (dzwoniono do wszystkich byłych studentów i tylko on zgodził się na to, by kontynuować swoją przygodę z dziennikarstwem. Cała reszta grzecznie podziękowała, bo to nie jest to, co chcemy robić w życiu).
8. Pieniądze - uczelnie często wychodzą na przeciw studentom oferując różnego rodzaju programy stypendialne. Nie wiem jak to wygląda w większych ośrodkach akademickich, ale tam, gdzie ja studiowałam można było otrzymać stypendium socjalne, specjalne dla osób niepełnosprawnych i zapomogę. Posiadanie jednego stypendium nie wykluczało otrzymania pozostałych, więc co miesiąc można było otrzymać pieniądze, które ułatwiały studiowanie i wielu dziennych studentów nie musiało szukać pracy na weekendy, tylko poświęcić się nauce i/ lub (co częściej) przyjemnościom. Charakterystyczne dla tego rodzaju stypendiów jest to, że musisz załatwić wiele zaświadczeń, a o przyznaniu któregokolwiek z nich nie decyduje średnia ocen, tylko ci na górze.
Uczelnie mają także w swojej ofercie stypendia dla wybitnie uzdolnionych studentów. W tym wypadku o przyznaniu funduszy decyduje średnia ocen, a nie sytuacja materialna, zdrowotna czy życiowa. Było to jedyne stypendium, o które mogłam się ubiegać, ale nie ukrywam, że zdobycie go nie jest łatwe, ponieważ wyścig szczurów jest ogromny. Podeszłam do tego z dystansem: uda się, to świetnie, nie uda, to przecież świat się nie zawali, bo tylko 10% najlepszych studentów na danym kierunku otrzymuje to stypendium. Udało się i tak oto w trakcie studiów nie musiałam pracować, a i tak co miesiąc na moje konto wpływała niewielka, ale przyjemna dla oka (i portfela) kwota. Jeśli jesteś studentem o powyżej przeciętnych zdolnościach radzę Ci poświęcić trochę czasu, a wtedy uczelnia będzie płacić za Twoje "waciki" (bo powiedzmy sobie szczerze: ilu znacie studentów, którzy wydają stypendia na naukę, a nie na przyjemności?).
Poza stypendiami przyznawanymi przez władze uczelni można ubiegać się także o stypendium ministra - dla wybitnie uzdolnionych uczniów (5% najlepszych studentów w kraju) oraz za wybitne osiągnięcia naukowe, artystyczne lub sportowe. W pięciu procentach najlepszych w kraju się nie znalazłam, dojście na piechotę na uczelnię traktowałam wówczas jako sport, więc o stypendium ministra się nie ubiegałam. Kto wie, może wśród Was jest nowy Jack Kerouac, Anthony Hopkins czy Adam Małysz? :)
9. Sam odpowiadasz za siebie - nikt Ci nie przypomina o zawalonym kolosie czy o tym, że nie oddałeś pracy w terminie. Jesteś dorosłą osobą i nikt Cię za rękę prowadzić nie będzie. Wiesz, które wykłady z czystym sumieniem możesz olać, bo i tak znajdziesz kogoś, kto pożyczy Ci notatki, a wykładowca nie będzie się na Tobie mścić, wiesz na których wykładach musisz pilnować tych "przepisowych" dwóch nieobecności nieusprawiedliwionych, a na którym wykładzie choć jedne wagary będą najgłupszą rzeczą, jaką zrobisz w trakcie studiów. Jeśli pokłócisz się z wykładowcą interwencja rodziców nic nie da: albo pójdziesz przeprosić, albo spodziewaj się, że najbliższa sesja nie do końca pójdzie po Twojej myśli. Nie ma wywiadówek ani rodziców, którzy poprowadzą Cię za rękę przez studia. Jeśli sam nie przypilnujesz swoich ocen, obecności czy zaliczeń, to nikt tego za Ciebie nie zrobi. Nawet jeśli studiując mieszkasz z rodzicami i nie musisz się liczyć z każdym groszem (czynsz, jedzenie, przyjemności), to i tak rodzice za Ciebie studiów nie ukończą (no, chyba, ze jesteś palantem, który jest na tyle bezczelny i daje wykładowcy w łapę kopertę od rodziców, ale uwierz mi, niewielu takich spotkasz na swojej drodze, a w przyszłości i tak się to na Tobie odbije, bo uczciwi wykładowcy raczej nie będą skorzy do przyjmowania od Ciebie korzyści, a wręcz przeciwnie - z wielkim uśmiechem na Twarzy Cię udupią. Na semestr przed końcem. Albo na tydzień przed obroną. I co, warto tak ryzykować?).
10. Zniżki - przejazdy za pół ceny (autobusem, metrem, pociągiem, tramwajem), tańsze bilety na samoloty, zniżki do kina, teatru, na wystawy czy do galerii, ulgi na basenie, w klubie fitness, darmowe konto internetowe, zniżki w księgarniach i sklepach partnerskich, tańsze napoje i żywność w niektórych klubach i barach. Można tak wymieniać bez końca. Posiadanie legitymacji studenckiej otwiera nam niejedne drzwi do tańszej rozrywki, dlatego do ostatniego dnia ważności korzystałam z tego zielonego kawałka plastiku, który gwarantował mi liczne ulgi. To były przyjemne czasy.
11. Wiedza i doświadczenie - dopiero po przeczytaniu całego tekstu uświadomiłam sobie, że nie napisałam o tym, co w całym studiowaniu jest najbardziej oczywiste. Doszłam jednak do wniosku, że to zagadnienie najlepiej będzie rozwinąć w podsumowaniu, więc póki co tylko zaznaczam, że zdobytą wiedzę i doświadczenie zdecydowanie zaliczam na plus studiowania czegokolwiek i gdziekolwiek.
I to by było na tyle jeśli chodzi o zalety studiowania. Oczywiście skupiłam się tylko na kilku argumentach, które w moim przekonaniu są najważniejsze. Nie będę teraz pisać podsumowania mojej dzisiejszej notki, zrobię to w części trzeciej, w której postaram się ustalić czy opłaca się studiować.
Póki co pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłego dnia.
Pa!
8. Pieniądze - uczelnie często wychodzą na przeciw studentom oferując różnego rodzaju programy stypendialne. Nie wiem jak to wygląda w większych ośrodkach akademickich, ale tam, gdzie ja studiowałam można było otrzymać stypendium socjalne, specjalne dla osób niepełnosprawnych i zapomogę. Posiadanie jednego stypendium nie wykluczało otrzymania pozostałych, więc co miesiąc można było otrzymać pieniądze, które ułatwiały studiowanie i wielu dziennych studentów nie musiało szukać pracy na weekendy, tylko poświęcić się nauce i/ lub (co częściej) przyjemnościom. Charakterystyczne dla tego rodzaju stypendiów jest to, że musisz załatwić wiele zaświadczeń, a o przyznaniu któregokolwiek z nich nie decyduje średnia ocen, tylko ci na górze.
Uczelnie mają także w swojej ofercie stypendia dla wybitnie uzdolnionych studentów. W tym wypadku o przyznaniu funduszy decyduje średnia ocen, a nie sytuacja materialna, zdrowotna czy życiowa. Było to jedyne stypendium, o które mogłam się ubiegać, ale nie ukrywam, że zdobycie go nie jest łatwe, ponieważ wyścig szczurów jest ogromny. Podeszłam do tego z dystansem: uda się, to świetnie, nie uda, to przecież świat się nie zawali, bo tylko 10% najlepszych studentów na danym kierunku otrzymuje to stypendium. Udało się i tak oto w trakcie studiów nie musiałam pracować, a i tak co miesiąc na moje konto wpływała niewielka, ale przyjemna dla oka (i portfela) kwota. Jeśli jesteś studentem o powyżej przeciętnych zdolnościach radzę Ci poświęcić trochę czasu, a wtedy uczelnia będzie płacić za Twoje "waciki" (bo powiedzmy sobie szczerze: ilu znacie studentów, którzy wydają stypendia na naukę, a nie na przyjemności?).
Poza stypendiami przyznawanymi przez władze uczelni można ubiegać się także o stypendium ministra - dla wybitnie uzdolnionych uczniów (5% najlepszych studentów w kraju) oraz za wybitne osiągnięcia naukowe, artystyczne lub sportowe. W pięciu procentach najlepszych w kraju się nie znalazłam, dojście na piechotę na uczelnię traktowałam wówczas jako sport, więc o stypendium ministra się nie ubiegałam. Kto wie, może wśród Was jest nowy Jack Kerouac, Anthony Hopkins czy Adam Małysz? :)
9. Sam odpowiadasz za siebie - nikt Ci nie przypomina o zawalonym kolosie czy o tym, że nie oddałeś pracy w terminie. Jesteś dorosłą osobą i nikt Cię za rękę prowadzić nie będzie. Wiesz, które wykłady z czystym sumieniem możesz olać, bo i tak znajdziesz kogoś, kto pożyczy Ci notatki, a wykładowca nie będzie się na Tobie mścić, wiesz na których wykładach musisz pilnować tych "przepisowych" dwóch nieobecności nieusprawiedliwionych, a na którym wykładzie choć jedne wagary będą najgłupszą rzeczą, jaką zrobisz w trakcie studiów. Jeśli pokłócisz się z wykładowcą interwencja rodziców nic nie da: albo pójdziesz przeprosić, albo spodziewaj się, że najbliższa sesja nie do końca pójdzie po Twojej myśli. Nie ma wywiadówek ani rodziców, którzy poprowadzą Cię za rękę przez studia. Jeśli sam nie przypilnujesz swoich ocen, obecności czy zaliczeń, to nikt tego za Ciebie nie zrobi. Nawet jeśli studiując mieszkasz z rodzicami i nie musisz się liczyć z każdym groszem (czynsz, jedzenie, przyjemności), to i tak rodzice za Ciebie studiów nie ukończą (no, chyba, ze jesteś palantem, który jest na tyle bezczelny i daje wykładowcy w łapę kopertę od rodziców, ale uwierz mi, niewielu takich spotkasz na swojej drodze, a w przyszłości i tak się to na Tobie odbije, bo uczciwi wykładowcy raczej nie będą skorzy do przyjmowania od Ciebie korzyści, a wręcz przeciwnie - z wielkim uśmiechem na Twarzy Cię udupią. Na semestr przed końcem. Albo na tydzień przed obroną. I co, warto tak ryzykować?).
10. Zniżki - przejazdy za pół ceny (autobusem, metrem, pociągiem, tramwajem), tańsze bilety na samoloty, zniżki do kina, teatru, na wystawy czy do galerii, ulgi na basenie, w klubie fitness, darmowe konto internetowe, zniżki w księgarniach i sklepach partnerskich, tańsze napoje i żywność w niektórych klubach i barach. Można tak wymieniać bez końca. Posiadanie legitymacji studenckiej otwiera nam niejedne drzwi do tańszej rozrywki, dlatego do ostatniego dnia ważności korzystałam z tego zielonego kawałka plastiku, który gwarantował mi liczne ulgi. To były przyjemne czasy.
11. Wiedza i doświadczenie - dopiero po przeczytaniu całego tekstu uświadomiłam sobie, że nie napisałam o tym, co w całym studiowaniu jest najbardziej oczywiste. Doszłam jednak do wniosku, że to zagadnienie najlepiej będzie rozwinąć w podsumowaniu, więc póki co tylko zaznaczam, że zdobytą wiedzę i doświadczenie zdecydowanie zaliczam na plus studiowania czegokolwiek i gdziekolwiek.
I to by było na tyle jeśli chodzi o zalety studiowania. Oczywiście skupiłam się tylko na kilku argumentach, które w moim przekonaniu są najważniejsze. Nie będę teraz pisać podsumowania mojej dzisiejszej notki, zrobię to w części trzeciej, w której postaram się ustalić czy opłaca się studiować.
Póki co pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłego dnia.
Pa!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz